Wiosną przeczytałam kilka książek, które NIE były warte przeczytania. Kiedyś ubolewałabym nad straconym czasem, ale już tego nie robię odkąd przeczytałam “Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga (więcej o tej książce przeczytasz we wpisie „Książki czytane jesienią” 🙃)
Otóż znalazłam w niej następujące zdanie:
“Każda kolejna książka niesie ze sobą nową lekcję, a złe książki często uczą nas więcej niż te dobre.”
Dzięki tym słowom zmieniłam perspektywę.
Jasne, wciąż odkładam książki, które absolutnie mnie nie porywają i nie przechodzą “testu stu stron” (bo kiedy dobrnę do setnej strony i wciąż jest słabo, to już naprawdę wiem, że lepiej nie będzie). Natomiast jeśli książka jest przeciętna, ale strawna, to ją doczytuję do końca i uczę się z niej różnych rzeczy, np. co mnie NIE interesuje (uświadomienie sobie tego niesamowicie ukierunkowuje moje kolejne działania), w jakim kierunku NIE chcę iść (tego uczę się z kiepskich książek dotyczących rozwoju osobistego) oraz jak NIE chcę pisać moich tekstów (tego uczą mnie książki pisane przez osoby, które są najczęściej świetne w swoim fachu, ale byłoby wspaniale, gdyby od pisania trzymały się z daleka).
Spośród kilku książek przeczytanych wiosną wybrałam zatem trzy, które są – moim zdaniem – warte przeczytania i warte polecenia.
Zapraszam do lektury.
Przejścia, Natalia de Barbaro

Na mojej półce znajduje się każda z książek Natalii de Barbaro: “Czuła przewodniczka”, “Przędza” (o której pisałam tutaj) i, od premiery jej najnowszej książki w kwietniu 2026 roku, “Przejścia”.
W tych książkach niesamowite jest to, że autorka porusza psychologiczne aspekty życia kobiety i podaje je w niezwykle przystępnej formie, wplatając w poszczególne rozdziały historie z życia wzięte, w których albo się odnalazłam (więc mnie na maxa poruszyły), albo które chwyciły mnie za serce, chociaż mnie nie dotyczą (ale są tak trafne, że siłą rzeczy poruszają).
W najnowszej książce przez ponad 200 stron Natalia de Barbaro prowadzi czytelniczkę przez proces aktywnego poszukiwania przejść. Dokąd?
Tego dowiadujemy się już z okładki, bo podtytuł tej książki brzmi: “Którędy do miłości”. Podczas lektury znalazłam 14 przesmyków, ale może coś przeoczyłam i jest ich więcej. Na pewno kojąca jest świadomość, że dróg do miłości, która jest – jak pisze autorka – “podstawową siła organizującą świat”, jest przynajmniej kilkanaście 🙂
W książce “Przejścia” znajdziesz również rozdział zatytułowany “Katalog ran”, w którym autorka podjęła próbę skatalogowania przykładów “niemiłości”. Odważny krok. I potrzebny. Czytając jeden z rozdziałów, złapałam się na tym, że powiedziałam na głos “Dziękuję”. Podziękowałam Natalii de Barbaro za to, że nazwała i opisała coś, czego dotychczas nie rozumiałam. Popłynęły mi łzy, które były bardzo uwalniające.
Dla mnie świadomość to wolność.
Bardzo możliwe, że czytając jeden z przykładów z tego rozdziału również zrozumiesz i UWAŻNISZ swoje doświadczenie. Jest to niezwykle istotne, bo z tego co obserwuję, to dużo częściej i łatwiej jest nam nasze doświadczenia uNIEważniać.
“Przejścia” to również kolejna książka Natalii de Barbaro, w której znajdujemy piękne, przepełnione symboliką ilustracje oraz strony przeznaczone na notatki.
Osobiście nie piszę po książkach Natalii de Barbaro, bo one, tak starannie wydane, są dla mnie w pewnym sensie dziełami sztuki. Natomiast doceniam intencję, bo za każdym razem kiedy patrzyłam na linijki, nad którymi widnieje najczęściej mocne pytanie, czułam się zaproszona do zapisania własnych refleksji i przelania na papier towarzyszących im, głęboko odczuwanych emocji. Zatem ta książka może być nie tylko zapisem przemyśleń autorki, ale również Twoich – tak samo ważnych i cennych, bo dotyczących Twojego życia i Twojej wyjątkowej historii.
Cztery tysiące tygodni, Oliver Burkeman

Ciekawe jest to, że podtytuł polskiego tłumaczenia (“Czas na twoje życie. Przestań próbować robić wszystko i zajmij się tym, co się liczy”) nie ma nic wspólnego z oryginalnym podtytułem, który brzmi: “Time Management for Mortals”, czyli “Zarządzanie czasem dla śmiertelników”. Idę o zakład, że podtytuł książki został uznany za niemarketingowy. Kto jest tego samego zdania? 😉
A książka jest rzeczywiście o zarządzaniu czasem lecz w zupełnie innym ujęciu.
Autor przekonuje w niej do akceptacji ograniczeń, w tym przede wszystkim tych, które nakłada na nas dostępny w życiu czas. Zakładając, że rok ma w przybliżeniu 52 tygodnie, możemy łatwo przeliczyć, że symboliczne 4 tysiące tygodni to tak naprawdę ok. 77 lat. Aktualnie średnia długość życia człowieka na świecie to 73,8 lat (chociaż w Unii Europejskiej i w samej Polsce oscyluje ona wokół wartości 80 lat). Tak czy inaczej tyle czasu, średnio, mamy. I autor przypomina o tym już w tytule.
To przypomnienie wydaje się być bardzo ważne.
Szczególnie w czasach, w których często wydaje się nam, że w ciągu tego jednego życia możemy wszystko i to wszystko na raz. Że nie musimy wybierać i że jeśli tylko się postaramy, to damy radę. Ze wszystkim.
Oliver Burkeman podejmuje próbę obalenia tego mitu.
I jest to szczególnie spójne i przekonujące kiedy szybko (bo już na początku książki) okazuje się, że napisał ją ten sam człowiek, który w brytyjskim dzienniku “The Guardian” na temat produktywności prowadził cotygodniową rubrykę noszącą nazwę “This Column Will Change Your Life” (tłum. Ta kolumna zmieni twoje życie). Z tego co zrozumiałam, to autor pisał w niej właśnie o eksperymentowaniu z wydajnością oraz o narzędziach i technikach, które miałyby tę produktywność podnosić. W książce pisze o tym tak:
“Korzystanie z tych technik często dawało mi poczucie, że jestem u progu złotej ery produktywności, pełnej spokoju, koncentracji i postępowania mającego głębszy sens. Na tym jednak się kończyło. W rezultacie byłem coraz bardziej zestresowany i nieszczęśliwy.”
Jednakże nazwa kolumny była rzeczywiście adekwatna, bo zmieniła przynajmniej jedno życie – jej autora 🙂 Oliver Burkeman opisuje w „Czterech tysiącach tygodni” jak w 2014 roku nagle zdał sobie sprawę z tego, że, cytuję:
“Prawdopodobieństwo, że znajdę w sobie siły, aby być na tyle wydajnym, zdyscyplinowanym i wytrwałym, by nabrać poczucia, że panuję nad sytuacją, wypełniam wszystkie zobowiązania i nie muszę niepokoić się o przyszłość, było zerowe.”
Czyli całe to optymalizowanie się i hackowanie czasu jest o kant dupy rozbić. I cudownie, bo autor pisze dalej tak:
“Paradoksalnie, w chwili, w której zdałem sobie sprawę, że strategia, która miała mi zapewnić spokój ducha, jest bezużyteczna, ogarnął mnie właśnie ten spokój.”
Nie wiem, jak Ty, ale ja szukam w życiu właśnie tego uczucia – spokoju.
I ta książka jest o takim spokoju, który wynika z dokonywania wyboru oraz z akceptacji. Trochę przypomina mi to moje osobiste odkrycie, że, ubarwiając, “mogę wszystko, ale nie wszystko na raz”. I chciałabym tutaj podkreślić, że ten cytat nie jest o przekonaniu o mojej wszechmocy, tylko o mojej wierze w to, że zawsze mamy wybór (i to ogromny, bo możemy wybierać z nieograniczonego pola możliwości), ale jednocześnie wierzę w to, że trzeba podjąć decyzję co się wybiera, a co odpuszcza.
W książce znajdziesz kilka pomysłów na to, w jaki sposób wybierać.
Autor pisze o przydatnych koncepcjach, m.in. o tym, żeby zdecydować się na maksymalnie 3 projekty jednocześnie (i jak to zrobić) oraz o metodzie, rzekomo, Warrena Buffeta, dotyczącej skutecznej weryfikacji tego, czego naprawdę chcemy od życia.
Z plusów to cieszy mnie, że w książce autor odnosi się trochę do duchowości. Pisze o zaprzestaniu kontroli i zaufaniu do życia. I to życia w teraz.
Z minusów to nie pasowało mi odnoszenie się do polityki, ale jest to moje odczucie, bo po prostu nie lubię tego tematu.
Ogólnie w tym miejscu chciałabym podkreślić, że 2/3 książki przeczytałam “jednym tchem”. Wiele rzeczy mnie poruszyło, wiele skłoniło do refleksji, wiele zainspirowało lub o czymś przypomniało. Później było już gorzej. Na przykład zanotowałam sobie, że nie za bardzo zgadzam się z rozdziałem 12. Ponadto, trochę deprymujące było poczytać o “terapii poczuciem kosmicznej nieistotności”. Rozumiem intencję autora i miejsce, z którego o tym napisał, ale zdaję sobie też sprawę z tego, że takie zaproszenie do – jak pisze autor – “zmierzenia się z prawdą o naszym ogólnym braku znaczenia” może być dla niektórych zbyt mocne i to szczególnie w czasach, w których coraz częściej zadajemy egzystencjalne pytania o sens życia.
Zatem co wzięłam z tej książki dla siebie?
W pamięć zapadła mi porada dotycząca oryginalności, która “najczęściej leży po drugiej stronie wtórności”. Autor ubrał ją w anegdotę o dworcu autobusowym w Helsinkach. Zachwyciłam się tym przykładem i wspominam o nim, bo być może też będzie dla Ciebie przełomowy. Nie zdradzam szczegółów, bo ten wpis ma zachęcić Cię do zainwestowania odrobiny Twojego cennego czasu do przeczytania tej książki, a nie zdradzać wszystko w tej zajawce 😉
Ponadto, z racji nieprzemijającego zachwytu nad dziełami Eckharta Tolle, w tym nad jego “Potęgą Teraźniejszości”, wzięłam sobie do serca mocne słowa, które padają w “Czterech tysiącach tygodni”:
“Być może w celu pełniejszego życia tu i teraz należy po prostu nareszcie zdać sobie sprawę, że nigdy nie mieliśmy innej opcji.”
Cyfrowy minimalizm, Cal Newport

O tej książce napisałam już słów kilka we wpisie “Głęboki sens przerwy. Jak pauza od dopaminy wpływa na moje życie?”, więc tutaj krótko.
To pozycja niemal obowiązkowa dla każdej osoby, która czuje, że cyfrowy świat zaczął jej więcej zabierać niż dawać. To między innymi w tej książce możesz przeczytać, że rzeczywiście może tak być i dlaczego tak się dzieje.
Jeśli już masz za sobą przeczytanie poprzedniego wpisu to wiesz, że bardzo spodobała mi się koncepcja cyfrowego odgracania, stworzenia własnej listy wartości oraz idea selekcji narzędzi cyfrowych w oparciu o tę listę. Bardzo przydatny proces, którego rezultatem jest uwolnienie ogromnej ilości czasu oraz odzyskanie uwagi, którą można w końcu poświęcić na tematy ważne i sensowne. Piszę z przekonaniem o tym rezultacie, bo sama go doświadczyłam.
W książce spodobało mi się również obnażanie absurdalnych argumentów, które od początku kwestionowałam, np. “Jak to nie masz…?!” (wstaw nazwę dowolnej, popularnej czy ulubionej aplikacji, bez której niektórzy ludzie rzekomo nie mogą żyć)
Tak to.
Ostatnio poszłam o krok dalej i usunęłam aplikacje społecznościowe z telefonu.
Okazało się, że jest dokładnie tak, jak napisał Cal Newport w swojej książce:
“(…) serwisy, które ich zdaniem były niezbędne, okazywały się raczej wygodnym źródłem rozproszenia.”
Dla mnie “oni” to nie tylko twórcy tych aplikacji, który czerpali najwięcej korzyści (przede wszystkim finansowych) z mojego scrollowania, ale też osoby, które wciąż bezkrytycznie podchodzą do cyfrowego świata, co, niestety, sprzyja jego ekspansji, jednocześnie wpływając negatywnie na nas – użytkowników, konsumentów – i na nasz dobrobyt. Marzy mi się rzeczywistość, w której jest coraz więcej ludzi, którzy myślą krytycznie i w rezultacie zaczynają widzieć pułapki mimo tego, że wkłada się wiele wysiłku w to, żebyśmy ich nie zobaczyli. I nic dziwnego, bo jak pisze autor w swojej książce:
“Krytyczny użytkownik to krytyczny problem dla cyfrowej gospodarki uwagi.”
Chciałabym jednak podkreślić coś ważnego i robię to szczególnie dla tych, którzy myślą, że cyfrowy minimalizm jest radykalny. Niekoniecznie.
Książka “Cyfrowy minimalizm” nie zachęca do całkowitej rezygnacji z cyfrowego świata.
Byłoby to co najmniej dziwne, biorąc pod uwagę, że jej autor jest profesorem… INFORMATYKI na Georgetown University. Cal Newport nie strzela sobie w kolano i podkreśla, że technologia nie jest ani dobra, ani zła. Chodzi jedynie o to, jak z niej korzystamy. Po przeczytaniu tej książki mam odczucie, że rzeczywiście dobrym punktem wyjścia jest ustalenie własnych celów i wartości. Ba! Nie poprzestałam na tym. Wdrożyłam te kolejne kroki w swoim życiu, o czym szczegółowo napisałam w poprzednim wpisie.
Co mnie do tego przekonało?
Głównie wizja życia, o której czytamy na okładce książki:
“Cyfrowi minimaliści są wokół nas. To ci spokojni, szczęśliwi ludzie, którzy potrafią prowadzić długie rozmowy bez ukradkowego zerkania na telefon. Zatopić się w lekturze ciekawej książki albo majsterkowaniu czy relaksującym porannym bieganiu. Umieją bawić się z przyjaciółmi i rodziną bez obsesyjnej potrzeby dokumentowania tego faktu. Potrafią zasięgnąć informacji o najważniejszych wydarzeniach, ale nie czują się przez nie przytłoczeni. Nie obawiają się, że coś ich omija, bo wiedzą, które zajęcia mają sens i zapewniają im satysfakcję.”
Stwierdziłam, że jeśli cyfrowy minimalizm prowadzi do takiego (!) życia, to ten temat warty jest zgłębienia, a techniki cyfrowego odgracania warte wdrożenia. I, pamiętając o tym, że tu i teraz to najlepszy czas na dobre zmiany, dokonałam ich. Teraz 🙂

Te trzy książki to tylko część mojej drogi przez literaturę. Jeśli szukasz tytułów, które zostają w sercu na dłużej, zajrzyj do mojej biblioteki. Znajdziesz tam krótkie polecenia książek, które w jakiś sposób mnie zatrzymały, wzbogaciły o istotną refleksję i zmotywowały do twórczego działania (lub twórczego i potrzebnego odpoczynku 😉):
Oprócz bloga piszę i wysyłam listy, a w nich historie z życia wzięte, które poruszają, wzruszają, inspirują i dają nadzieję.
Jeśli potrzebujesz przekonać się, czy to coś dla Ciebie, zajrzyj TUTAJ.
Na Soulletter możesz zapisać się poniżej:
Czy któraś z tych książek znajduje się również w Twojej biblioteczce? Jak wrażenia?
Nie ma możliwości komentowania artykułów na blogu, ale zawsze możesz do mnie napisać: kontakt@designduszy.pl
I spodziewaj się odpowiedzi! 🙂 (na każdego maila odpisuję)

