Tak jak niektórzy uczą się działania, tak inni uczą się robienia przerw. Należę do tej drugiej grupy ludzi – ludzi, którym działanie przychodzi z łatwością, a odpoczynek, przerwa, pauza, są wyzwaniem.
Dzisiaj opowiem Ci o specyficznej przerwie, którą sobie robię już od kilku miesięcy i o tym, jak wpływa ona na moje życie.
Nie jest moim celem przekonywać Cię, a już na pewno nie pouczać czy doradzać. Napiszę Ci o moim doświadczeniu. Podzielę się moją perspektywą. Sama uwielbiam czytać lub oglądać takie relacje z procesu od kogoś, kto w danym procesie jest lub dany proces już przeszedł. Uważam, że to jedne z najlepszych inspiracji. Żadne tam suche fakty, teoria, żadnych “powinno się” i “trzeba”. Indywidualna praktyka i osobiste doświadczenie.

Zatem przerwa, którą sobie zaserwowałam, to przerwa od mediów społecznościowych. Niektórzy nazywają to dopaminowym postem.
Ale od początku.
Jedną z najciekawszych decyzji, które podjęłam już w zeszłym roku, był detoks od mediów społecznościowych. W lipcu, z dnia na dzień, po prostu odinstalowałam aplikacje i zniknęłam.
Zaczęło się od jednej myśli – potrzebowałam przerwy od scrollowania. Przez kilka dni próbowałam “być silna” i nie poddać się magii infinite scrolling, ale szybko zauważyłam, że nie udaje mi się to, kiedy stale jestem zalogowana. Za szybko byłam w stanie “odpalić apkę”, żeby z tego nie skorzystać 😉
Na początku, oczywiście, włączył się do dyskusji mój wewnętrzny krytyk.
(Natalia de Barbaro napisałaby: wewnętrzny kretyn. Swoją drogą, uwielbiam w jej najnowszej książce pt. “Przejścia” anegdotę o tym, jak zamiast “wewnętrzny krytyk” przeczytała kiedyś “wewnętrzny kretyn” i stwierdziła, że to dość trafne 😅).
Wracając do wewnętrznego kr… ytyka: Podpowiedział mi, że po prostu mam słabą wolę.
Dopiero po kilku miesiącach, kiedy już zgłębiłam temat, zrozumiałam, że media społecznościowe celowo są zaprojektowane jak jednoręki bandyta z kasyna – wywołują wyrzut dopaminy, który uzależnia. I nie ma mocnych – każdy człowiek się na to łapie, bo w aplikacjach społecznościowych sprytnie ukryte są mechanizmy, które na pierwszy rzut oka nie wydają się niebezpieczne, ale w gruncie rzeczy prowadzą do uzależnień behawioralnych takich jak nieregularne wzmocnienie pozytywne i pragnienie aprobaty społecznej.
Potwierdza to także Cal Newport w swojej książce (o której będzie w tym wpisie jeszcze sporo):
“(…) technologie (…) są w wielu przypadkach specjalnie zaprojektowane, by uruchamiać zachowania uzależniające. Obsesyjne korzystanie nie jest w tym kontekście wynikiem słabości charakteru, ale wykonaniem niezwykle dochodowego biznesplanu.”
Notabene, fajnie było uświadomić sobie, że walczyłam z wiatrakami w tym, jak to ujął Cal Newport, “nierównym wyścigu zbrojeń”. Cal Newport dodał zresztą:
“Nie pisaliśmy się na cyfrowe życie, które teraz prowadzimy. W znacznym stopniu zostało ono ukształtowane w salach konferencyjnych, by zaspokajać potrzeby nielicznej grupki inwestorów w technologie.”
Z tego też względu – wracając do mojego detoksu od mediów społecznościowych – na początku było ciężko.
Już pierwszego dnia cyfrowego detoksu przeraziłam się tym, ile razy nawykowo, odruchowo, niemal bezwiednie, brałam telefon do ręki, odblokowywałam klawiaturę i szukałam ikonki aplikacji, żeby ją otworzyć. “Budziłam się” z tego transu dopiero wtedy, kiedy orientowałam się, że nie ma tej ikonki, bo aplikację przecież odinstalowałam. I tak kilkanaście (kilkadziesiąt?!?!) razy w ciągu pierwszych dwóch dni. Istne szaleństwo. Zapisałam sobie nawet wnioski z tych pierwszych dni w notatniku. Cytuję:
Dzień 1
Łapię się na tym, ile razy w ciągu dnia, na nieświadomce, łapię do ręki telefon i, na automacie, idę do apki. Naliczyłam takich odruchów już prawie 20. Budzę się z tego automatycznego trybu w momencie, w którym nie mam w co kliknąć. Odinstalowane. Nie ma.
I nagle odzyskuję czas. Ile ja mam czasu!!!Dzień 2
Jest we mnie więcej uważności. Myśli „Co opublikować?” i „Co napisać?” zastąpiła obecność. Słucham muzyki i wreszcie słyszę teksty piosenek.Dzień 3
Ani razu nie pomyślałam o mediach społecznościowych. Moje palce przestały na automacie wyszukiwać aplikacji. Pokusa, żeby sprawdzić, co się tam dzieje, nie zniknęła, ale jest coraz mniejsza, a tym samym ja coraz bardziej… JESTEM. W tu i teraz. Cudowne uczucie. Kajdany opadają.Dzień 4
Moje myśli oddzielają się od tłumu. Energia indywidualna wyłania się, tym razem niezakłócona przez zewnętrzne wpływy. Im mniej oglądam, co robią i słucham, co mówią inni, tym bardziej słyszę mój wewnętrzny głos. Sny są bardziej klarowne. Kierunek, w którym mam iść, bardziej wyrazisty. Czystość myśli. Chyba o to chodzi też w medytacji? Znika hałas, pojawia się dostęp do ciszy. Umysł się regeneruje. Ciało zresztą też.Dzień 5
Wczoraj obejrzałam odcinek “Black Mirror” pt. “Smithereens”. Poruszający odcinek o uzależnieniu od scrollowania i skutecznym projektowaniu technologii w celu maksymalizacji czasu ekranowego, co doprowadza często (jak w tym odcinku pokazano) do tragedii. Świetny odcinek. Szczególnie podobał mi się kontrast rzeczywistości właściciela firmy i realiów użytkowników aplikacji. Podczas gdy ludzie mają nosy w telefonie, właściciel jest na silent retreat, in the middle of nowhere, na szczycie jakiejś skały, ubrany w zgrzebny, lniany strój. Spędza tam czas bez telefonu i bez dostępu do technologii i Internetu. Offline is the new luxury?
Po tych pięciu dniach przyznałam się sama przed sobą do uzależnienia od mediów społecznościowych i zdecydowałam, że chcę się od tego uwolnić, więc przedłużam mój cyfrowy detoks.
Dopiero w tym roku zainteresowałam się bardziej profesjonalnie tym tematem i zamówiłam książkę “Cyfrowy minimalizm”, której autorem jest Cal Newport. Trafiłam tam na jego propozycję procesu cyfrowego odwracania (digital decluttering). Uśmiechnęłam się, czytając ją, ponieważ kilka miesięcy wcześniej, intuicyjnie, przeszłam przez podobną procedurę.
Otóż Cal Newport proponuje czytelnikom 30-dniowe cyfrowe odgracanie (całkowita rezygnacja z opcjonalnych technologii), w trakcie którego odkrywa się czynności i zachowania (najczęściej analogowe), które uważa się za satysfakcjonujące i sensowe (satysfakcjonujące i sensowne – brzmi jak coś dla Generatora! 🙂). Następnie, po upływie 30 dni – świadomie, opierając się na własnym systemie wartości – ponownie wprowadza się opcjonalne technologie do swojego życia.
Cal Newport pisze o tym ostatnim etapie tak:
“Pod koniec tej przerwy ponownie wprowadź w życie opcjonalne technologie, zaczynając od czystej kartki. Dla każdej ponownie wprowadzanej technologii ustal, jakim wartościom w twoim życiu służy i jak konkretnie będziesz jej używać, aby zmaksymalizować daną wartość.”
Jeśli chodzi o tę opcjonalność, to autor pisze tak:
“(…) technologię należy uznać za opcjonalną, o ile jej czasowe usunięcie nie spowoduje szkód lub poważnych zakłóceń w codziennym funkcjonowaniu twojego zawodowego lub osobistego życia.”
I jeśli wydaje Ci się, że słowo “opcjonalna” to filtr, który wiele przepuści, to warto zaznaczyć, że Cal Newport dodaje:
“Nie należy jednak mylić “niezbędnego” z “wygodnym”.” 😉
No, ale generalnie tu zaczyna się problem, bo w 2019 roku, czyli roku wydania tej książki, chyba jeszcze nie było aż tylu Influ, żyjących z Social Media, natomiast to nie jest temat na ten wpis. Zostawiam to. Wracam do siebie i do mojego procesu 😉
Pozwolę sobie tutaj przedstawić ten, który przeszłam osobiście.
Jest podobny do protokołu, który zaproponował Cal Newport, chociaż autor zdecydowanie zanegowałby słowo “detoks”, bo, jak napisał: “Celem nie jest po prostu odpoczynek od technologii, ale rozpoczęcie permanentnych zmian w cyfrowym życiu.” No i ma rację. Po prostu wtedy nazwałam to cyfrowym detoksem, bo jeszcze nie wiedziałam, że przeobrazi się to w cyfrowy minimalizm. Czasami trzeba zrobić pierwszy krok i dopiero wtedy okazuje się, jaki kolejny jest tym właściwym i o co nam w ogóle chodzi w tej podróży 😉
Zatem mój proces wyglądał tak:
- Cyfrowy detoks – ok. 3-4 miesiące przerwy od mediów społecznościowych (całkowite odinstalowanie aplikacji)
Ważna dygresja: Nie wszystko dzieje się od razu. Nie zawsze od razu osiąga się spektakularny sukces i realizuje się swoje plany. Zdarzają się potknięcia. Po kilku miesiącach, bodajże w listopadzie, znowu zainstalowałam aplikacje. Wystarczyło jednak kilka dni, żebym znowu wróciła do scrollowania. Któregoś dnia ocknęłam się, bo kliknęłam w apkę i pierwszy post jaki zobaczyłam miał napis: “What you really want is not here. Close the app.” Uśmiechnęłam się. Dotarło. Ponownie odinstalowałam aplikacje społecznościowe i zaczęłam mój cyfrowy detoks od nowa. - Faza “Sprawdzam” – w trakcie tych miesięcy na nowo odkrywałam i przypominałam sobie, co jest dla mnie ważne, co lubię robić, co ma dla mnie sens i jak lubię odpoczywać. Bo Cal Newport słusznie zauważył w swojej książce: “U wielu ludzi obsesyjne korzystanie z telefonu maskuje pustkę spowodowaną brakiem wykształconych sposobów odpoczynku.”
W tej fazie okazało się, że wróciłam do czytania książek (te warte przeczytania polecam na blogu w kategorii KSIĄŻKI, warto zajrzeć), zaczęłam ponownie malować po cyferkach, układałam puzzle, grałam w gry planszowe, chodziłam na spacery, zrobiłam intensywny kurs kreatywnego pisania, nawiązałam ponowny kontakt z osobami, którym przez lata tylko dawałam lajki i pisałam komentarze pod zdjęciami i z niektórymi z nich spotkałam się “na żywo”. To tylko niektóre z aktywności. Ogólnie okazało się, że pozacyfrowy świat jest bardzo atrakcyjny! 🙂 - Ćwiczenie: System wartości – wypisałam sobie, co jest dla mnie ważne. Jakie mam wartości?
- Cyfrowy minimalizm – następnie sprawdziłam, jak media społecznościowe mają się do moich wartości. Czy służą którejś z nich?
W moim przypadku okazało się, że, niestety, nie służą. Powtarzam, w moim. U Ciebie może być inaczej. Sprawdź to – ze sobą, dla siebie.
Co do wartości, to na czele mojej listy jest spójność, a w mediach społecznościowych króluje niespójność. Dzięki przerwie od dopaminy jeszcze jaskrawiej dostrzegłam ten kontrast. Za wymuskanymi profilami kryją się często chaotyczne, nieszczęśliwe życia, w których króluje pustka. Słodkie zdjęcia na tablicy, a w realu dramat. Czy na przykład to, że jest pełno osób, które robią rolki o tym, żeby mieć z kontakt z naturą i być uważnym, ale zamiast iść na ten spacer i celebrować obecność, to siedzą z telefonem w łapie i ogarniają przejścia i napisy w CapCut, przegapiając zachód słońca. Irytowało mnie też, kiedy widziałam osoby, które mówiły o manifestacji i przekonywały, że “Możesz wykreować swoje życie tak, jak chcesz”, a później stwierdzały, że one “muszą być na … (wpisz nazwę swojej ulubionej aplikacji), bo widoczność, kreowanie contentu, zasięgi się same nie zrobią, itd.” No to możesz sobie wykreować swoje życie tak, jak chcesz, czy jednak jesteś więźniem / ofiarą systemu i nie możesz? Ja nie wiem, jak ludzie łączą te kropki – gdzie im się tam kulki zderzają?
Czujesz, ile w powyższym opisie jest irytacji? Specjalnie tak to napisałam. Tak było. Wkurw na niespójność. Natomiast dobra wiadomość jest taka, że ta irytacja zaczęła stopniowo znikać i wyciszać się, kiedy odkleiłam się od wirtualnej rzeczywistości i zajęłam się sobą. Zrozumiałam, że media społecznościowe nie znikną, ale ja mogę zniknąć z mediów społecznościowych i przestać grać w tę grę, skoro mi się nie podoba. Mam wybór i go dokonuję, jednocześnie biorąc na siebie konsekwencje tego wyboru.
Ponadto, w moim systemie wartości wysoko stoją bliskość, przyjaźń, relacje – ale takie głębokie, szczere, autentyczne, a nie te powierzchowne. Dzięki nieobecności w mediach społecznościowych uwolniłam czas na spotkania na żywo, a także wartościowe, telefoniczne rozmowy z tymi, którzy mieszkają daleko. Oceniam to jako bardzo pozytywną zmianę.
Jeśli chodzi o kontakt z innymi ludźmi, to w moim procesie zatrzymało mnie też następujące spostrzeżenie.
Otóż, w jakimś badaniu zapytano ludzi, dlaczego mają media społecznościowe i najczęstsza odpowiedź była taka, że mają je, żeby utrzymywać kontakt ze znajomymi. Brzmi to rozsądnie i logicznie (media społecznościowe –> łączność ze społecznością). Jednak, analizując, co rzeczywiście robią w tych mediach społecznościowych na co dzień, okazało się, że prawda wygląda inaczej: ludzie zaczęli używać mediów społecznościowych po to, żeby być w kontakcie z innymi, ale kontynuują bycie w mediach społecznościowych z zupełnie innych powodów (i nie jest to utrzymywanie kontaktu ze znajomymi).
Czy tak rzeczywiście jest? Czy tak to wygląda u mnie?
Stwierdziłam, że… guilty. Zrozumiałam, że media społecznościowe nie pomagają mi w pozostawaniu w kontakcie i zdecydowałam się na inne formy kontaktu – bardziej spójne ze mną, z moim charakterem. A jeśli chodzi o Design Duszy, to można się teraz ze mną skontaktować mailowo, spotkać 1:1 na spotkaniu wstępnym online i na sesjach indywidualnych online, a nawet osobiście, w Gdańsku – już w maju ruszają nadmorskie spacery rozwojowe! Koniecznie dołącz do Soullettera, żeby dowiedzieć się więcej:
Po kilku miesiącach bycia w tej zmianie stwierdzam, że na dobre mi to wyszło.
Ci, którzy chcieli pozostać w prawdziwym kontakcie, są. Nie zniknęli.
Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że więź z moimi przyjaciółmi wzmocniła się. Nasze rozmowy są głębsze, jeszcze bardziej wartościowe, a spotkania częstsze. Podobnie jeśli chodzi o Design Duszy – Ci, którzy mieli mnie znaleźć, znaleźli mnie – słuchają podcastu Design Duszy, czytają Soulletter, bloga, piszą do mnie piękne maile, które zawsze mnie wzruszają, bo osoby, które je przysyłają, mają piękne dusze, robią fantastyczne rzeczy w życiu i mają odwagę dzielić się osobistymi spostrzeżeniami i refleksjami.
Natomiast z tymi, z którymi łączyły mnie jedynie lajki i komentarze złożone z emotikonek, kontakt się urwał. Ale czy my w ogóle jeszcze byliśmy w kontakcie?
Kolejna sprawa, na którą jak się okazało ogromny wpływ miały media społecznościowe – w ostatnich latach w moim życiu bardzo wiele się udało, ale też dużo poszło nie tak. Kilka razy mocno się rozczarowałam.
Z perspektywy czasu dostrzegam, że zbyt często słuchałam tych, którzy krzyczeli najgłośniej i byli najbardziej widoczni. Teraz wróciłam do korzeni – interesuje mnie wiedza, kompetencja i jakość. Zakwestionowałam wiele autorytetów (lub tych, którzy na taki autorytet się kreowali). Zamiast czytać o kolejnych “3 krokach do…”, “4 metodach, które…” lub “5 sposobów na…” skupiłam na narzędziach, które są skuteczne (dla mnie). Każdego dnia na nowo zdaje egzamin to, że przeszłość ogarniam Radykalnym Wybaczaniem, a o celu mojego życia, moich talentach, zasobach, najskuteczniejszej strategii i niezawodnym autorytecie wewnętrznym przypomina mi mój bodygraf Human Design.
Scrollując, szukanie nie miało końca. Przestając scrollować, skupiłam się na tym, co już wiem i zaczęłam z tego korzystać.
Okazało się, że to nie bycie “na bieżąco” z każdym trendem i poznawanie ciągle to nowych metod się liczy, tylko decyzja, że coś wybieram oraz wdrożenie tego do swojego życia. Ucieleśniłam wiedzę, zamiast ją kolekcjonować.
Najciekawsze jednak w poście dopaminowym jest to, jak odblokowuje się na nowo moja kreatywność. Scrollując, byłam konsumentką. Pisząc, staję się twórczynią.
Tutaj dodam jeszcze taki plot twist.
Uwalniając się od ciągłego bycia w mediach społecznościowych, wróciłam do czytania książek. W jednym z postów na blogu napisałam, że w ciągu ostatnich miesięcy przeczytałam ich ponad 30. I z jednej strony wszystko spoko – miałam poczucie, że oto tak wspaniale spędzam mój czas. W końcu kto zaneguje czytanie książek? Jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś komuś odradzał taką formę spędzania czasu.
Do czasu… 😉
Ostatnio, już po raz drugi (pierwszą próbę podjęłam w 2024 roku), przysiadłam do książki Julii Cameron pt. “Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę”. To 12-tygodniowy kurs odkrywania i rozwijania własnej kreatywności.
Pierwsze 3 tygodnie były super, bo wszystko opierało się na działaniu, z którym – jak wspomniałam na początku wpisu – nie mam problemu. Pisałam codziennie poranne strony, byłam na randkach artystycznych, wykonałam kreatywne ćwiczenia. Aż tu nagle nadszedł Tydzień 4, a w rozdziale wprowadzającym czytam:
“Uwaga: nie pomijaj cennego narzędzia, jakim jest czytelnicza abstynencja.”
Przełknęłam ślinę.
“To nie może być prawda.” – pomyślałam – “Muszę czytać dalej i autorka na pewno wyjaśni, o co jej chodzi.”
No i wyjaśniła. Chodzi jej dokładnie o to, czego bałam się najbardziej – o przerwę. I to o przerwę w czytaniu! Chodziło właśnie o to, żeby przez tydzień nie czytać książek.
Oszalałam! 😂
Ale zaufałam i tak zrobiłam. Zbyt wielu wspaniałych, wręcz genialnych twórców zaufało metodzie Julii Cameron i dokopało się dzięki niej do swojej kreatywności, żebym teraz ja śmiała to zanegować – szczególnie, że to dopiero jakieś 30% mojej drogi artysty. Jeśli dotrę do końca, to możemy podyskutować 😉
Ponadto, w moim czytelniczym pędzie zatrzymało mnie następujące zdanie z tego rozdziału:
“Większość zablokowanych twórców czyta nałogowo. Opychamy się cudzymi słowami zamiast trawić własne myśli i uczucia, zamiast upichcić coś samemu.”
Auć!
A w ogóle to widzę realną możliwość, że gdyby Julia Cameron opisywała “Drogę artysty” w 2026 roku (a nie w 1992, kiedy to ta książka została wydana po raz pierwszy), wspomniałaby tam też o opychaniu się rolkami i shortami przez osoby, które utknęły w konsumpcji treści o twórczym życiu zamiast samemu twórczo i kreatywnie żyć.
A Julia Cameron pisze wprost, bez ogródek:
“Jeśli będziemy kontrolować napływ szumów (…) Nagrodą będzie wypływ nowych treści.”
I voila! Tak powstaje ten wpis – dzięki czytelniczej abstynencji, która mnie zatrzymała 😉
Natomiast, wracając do mediów społecznościowych – to tak sobie myślę, że totalnie rozumiem, dlaczego ludzie wciąż to robią. Dlaczego scrollują.
Dużo łatwiej jest kontynuować konsumpcję niż rozpocząć kreację.
W dodatku jest takie zdanie, które przeczytałam w jakimś artykule o tym, co koniecznie należy zrobić, zanim zrobi się przerwę od mediów społecznościowych.
Brzmiało niewinnie: “Fix your analog life first.”
Tylko okazuje się, że jak spojrzeć dokładnie, to nie chodzi o ten słynny “quick fix”. Za tym jednym zdaniem stoją potężne pytania, np. Czy jestem szczęśliwa, widziana, doceniana w realu, czy idę po lajki, uznanie i przynależność do mediów społecznościowych?
Auć, po raz drugi.
Nigdy nie zapomnę jak jedna ze znajomych opublikowała zdjęcie, a ja zapytałam ją wprost, po co to zrobiła? Po co tyle prywatności dla publiczności? Odpowiedziała (propsy za szczerość!): “Wiesz co, miałam słabszy dzień, a wiedziałam, że zdjęcie jest ładne, więc posypią się serduszka i miłe komentarze. Potrzebowałam tego.”
I to jest to, o co w tym wszystkim chodzi. W cyfrowym świecie mamy dopaminę w postaci informacji zwrotnej, lajków, komentarzy. I dlatego tak często uciekamy w cyfrowy świat od analogowego życia – szczególnie, jeśli w którymś z jego obszarów czegoś nam brakuje, a w mediach społecznościowych szybko to dostajemy.
W tym kontekście warto pamiętać o tym, że cyfrowy detoks jest jak lustro – szambo może wybić, a to, czym ratowaliśmy się do tej pory, nie jest dostępne. Stąd porada “fix your analog life first” ma sens.

Na koniec wisienka na torcie, czyli wolność jako wartość.
I, znowu. To jest gruby temat. Zaobserwowałam kilka razy jak ludzie reagują, kiedy się stwierdza, że istnieje coś takiego jak cyfrowe uzależnienie lub cyfrowe zniewolenie. “Mnie to nie dotyczy”. Okej, spoko. Powtarzam: Nie chcę nikogo do niczego przekonywać. Piszę o sobie. Ja byłam uzależniona i, w pewnym sensie, cyfrowo zniewolona. Zatem o co chodzi z tą wolnością w moim przypadku?
Coraz więcej we mnie wolności emocjonalnej, bo coraz mniej się porównuję. Mniej scrollowania przełożyło się u mnie na wzrost zaufania do siebie i na umiejętność rozróżnienia mojej drogi pod górkę i z ostrymi zakrętami od propagandy szybkiego sukcesu po linii prostej, jakże chętnie promowanej w mediach społecznościowych.
Zwiększyła się też moja autonomia. Potrafię lepiej wsłuchać się w mój autorytet wewnętrzny, który absolutnie nie potrzebuje więcej bodźców, tylko więcej czasu i ciszy. Dążę do podejmowania lepszych decyzji opartych na mojej prawdzie, a nie na opiniach i poradach innych.
Ponadto, postawiłam na wolność wyboru i tam, gdzie tylko mogłam, obniżyłam ryzyko bycia sterowalną. Przykładowo, korzystam z YouTube, ale wyłączyłam historię wyszukiwania i rekomendacje, a to sprawia, że jak chcę coś obejrzeć, to muszę to wyszukać. To był game changer! Algorytm nie przypomina, nie sugeruje, nie podpowiada. Działam zatem intencjonalnie, świadomie. Słucham podcastów na tematy, które mnie interesują i które samodzielnie wyszukałam. Inny przykład: raz na 3 miesiące weryfikuję moje subskrypcje podcastów i newsletterów. Rezygnuję z tych, które już ze mną nie rezonują i dokładam świadomie te, które wnoszą w moje życie wiedzę, spokój, nadzieję i jakość.
W jednym z Soulletterów napisałam też o tym, że udało mi się zamienić FOMO (Fear Of Missing Out, czyli Strach, że coś mnie omija) na JOMO (Joy Of Missing Out, czyli Radość z tego, że coś mnie omija). Brak scrollowania bardzo mi w tym pomógł. Okazało się, że nie muszę wszystkiego wiedzieć, o wszystkim słyszeć. Nie wszystko jest warte mojej uwagi i mojego czasu. Jedna z czytelniczek Soullettera, w odpowiedzi na mój newsletter napisała do mnie: “PS Też sobie pauzuję i wielką inspiracją dla mnie jest hasło RADOŚĆ Z TEGO, ŻE MNIE COŚ OMIJA. To wyzwolenie. Dziękuję.”
Podsumowując, jaki jest zatem głęboki sens przerwy od dopaminy?
Dla mnie ta przerwa to właściwie nie czas, tylko miejsce.
Przestrzeń.
I trochę więcej tej przestrzeni się zrobiło w moim życiu od kiedy skończyłam scrollować. Dlatego też mój prywatny detoks od mediów społecznościowych rozciągnęłam na cyfrowy minimalizm. Okazało się na przykład, że trzech platform streamingowych, w których subskrypcje miałam od wielu lat, nie potrzebuję. Swoją drogą, spora oszczędność w skali miesiąca!
Ale nie trzeba tak radykalnie. I nie chodzi tylko o wywalanie, rezygnację, porzucanie.
Można tak, jak proponuje Cal Newport, a przypominam, że proponuje on w swojej książce 30-dniowe cyfrowe odgracanie po to, żeby później świadomie, w zgodzie z własnym systemem wartości, wybrać te technologie i aplikacje, które służą naszym wartościom.
Zatem bardzo możliwe, że nie chodzi o odcięcie się od cyfrowego świata, ale o zbudowanie zdrowej relacji z technologią i zdrowe funkcjonowanie w tym cyfrowym świecie.
Jedno – dla mnie – jest pewne.
Moja relacja z mediami społecznościowymi była… skomplikowana i postanowiłam to zmienić. Natomiast żeby coś zmienić, warto było najpierw zrobić sobie przerwę i nabrać dystansu. To trochę tak jak z kłótnią, która eskalowała – najpierw trzeba ochłonąć, żeby móc wrócić do dialogu, w którym pojawia się konkret i jest szansa na znalezienie optymalnego rozwiązania.
I jak? Ma to sens?
Dla mnie ma.
A Ciebie zachęcam tylko do jednego – do znalezienia Twojego.
I może być tak, że będzie on zupełnie inny, niż mój!
I to ma sens 🙂
Nie ma możliwości komentowania wpisów na blogu, ale zawsze możesz do mnie napisać: kontakt@designduszy.pl
I spodziewaj się odpowiedzi! 🙂 (na każdego maila odpisuję)
Pozdrowienia i uściski,
Alicja

