Książki czytane latem

Widok na otwarte książki leżące w trawie

Pytając siebie, co sprawia mi radość, dotarłam do dodatkowego pytania: Co sprawiało radość małej Ali?

Przypomniałam sobie, że w pierwszych klasach podstawówki (koniec lat 90.), godzinę przed lekcjami, około godziny 7 rano, pojawiałam się w szkolnej bibliotece, gdzie pomagałam pani bibliotekarce w segregowaniu kart czytelników, odkładaniu oddanych do biblioteki książek na ich miejsce na półkach i oprawianiu książek w folię ochronną. Moim ulubionym momentem było też przechadzanie się wśród bibliotecznej ciszy, pośród lekko zakurzonych regałów i odkrywanie kolejnych książek, które wypożyczałam i czytałam zaraz po przyjściu ze szkoły do domu.

Kochałam czytać. I nadal kocham.

W ostatnich latach czytałam dużo książek o rozwoju osobistym i duchowym, a ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że zatęskniłam za powieściami. Za historiami czytanymi w stanie flow, w którym nie interesuje mnie to, co na zewnątrz i w którym zapominam o upływie czasu. Za bohaterami, z którymi na czas czytania książki niejako się zżywam. Za emocjami opisanymi w taki sposób, że wywołują emocje u mnie. Za złapaniem się na tym, że dyskretnie się uśmiecham lub niepohamowanie wybucham śmiechem. Za otarciem łzy, płynącej po policzku, bo opisana w książce scena była tak bardzo wzruszająca.

Zatem wróciłam. Wróciłam do czytania powieści – książek z fabułą, barwnymi bohaterami i wartościowymi refleksjami. Zaczęłam od książki…

„Nie oceniaj książek po okładce”, mówili, jednak ja tak nie potrafię. I chyba coraz bardziej nie chcę, bo moja intuicja jest niezawodna. Mam dar natychmiastowego rozpoznania. Ta dygresja odnosi się do idiomu. Jednak tego lata „Nie oceniaj książek po okładce” nie zadziałało również w dosłownym sensie, bo powieści wybrałam właśnie po okładce. A właściwie to po kolorach. Głęboka zieleń książki „Czas zatrzymany” sprawiła, że… zatrzymałam na niej wzrok. Kupiłam ją i przeczytałam bardzo szybko.

Maja Lunde wymyśliła bardzo ciekawy koncept. Jak czytamy na okładce: „W zwykły czerwcowy wtorek czas się zatrzymał.” Dosłownie się zatrzymał. Ludzie przestają rodzić się, ale przestają też starzeć się i umierać. Dla niektórych taki stan rzeczy to cud, dla innych udręka. Ciekawe jest też to, że czas zatrzymuje się tylko dla ludzi. Przyroda żyje swoim naturalnym rytmem.

Często powtarzam w moim podcaście, że czas nie istnieje – że liczy się tu i teraz. I to prawda – przeszłość i przyszłość to konstrukty ego-umysłu, które trzymają nas w ryzach za pomocą żalu (za przeszłością) i lęku (o przyszłość). Bycie szczęśliwym wymaga zakotwiczenia się w TERAZ. Jednocześnie książka „Czas zatrzymany” przypomina o cykliczności i prawidłowości upływającego czasu. O tym, że potrzebujemy rytmu narodzin, dojrzewania i przemijania. O tym, że niezmienność i zastój nie są naszym naturalnym stanem.

„Jedyne, co jest pewne, to zmiana”, mówili. W miarę czytania, obserwując zachowania bohaterów tej książki i wchodząc w scenariusz, gdzie zmiana przestaje być pewnikiem, stało się dla mnie jasne, że jesteśmy tutaj nie po zastój, tylko po przepływ. „Czas zatrzymany” przypomniał mi zatem o tym, że potrzebujemy zmian, bo to one umożliwiają nam rozwój. I nie bez powodu wybraliśmy egzystencję na planecie Ziemia, w ramach czasoprzestrzeni, której potrzebujemy, żeby doświadczać. Jesteśmy duszami przeżywającymi ludzkie doświadczenie i dlatego potrzebujemy czasu, żeby… żyć.

A propos tańca życia i śmierci, to druga z przeczytanych przeze mnie książek tego lata,

opowiada o 3 siostrach: Avery, Bonnie i Nicky, które poznajemy na rok po śmierci czwartej siostry, Nicky. Od zawsze temat żałoby ma szczególne miejsce w moim sercu. Szczerze mówiąc to nie wiem, dlaczego. Po prostu fascynuje mnie ten proces i to, że chociaż w psychologii zostały wyróżnione poszczególne etapy żałoby, to każdy przeżywa ją na własny, unikalny sposób.

W tej książce znalazłam jeszcze wiele innych, ważnych tematów takich jak rozczarowanie, ambicja, sława, uzależnienia i relacje rodzinne. Mam wrażenie, że bohaterki tej książki nie mogły być bardziej barwne. Chylę czoła Coco Mellors za stworzenie tych niezwykle interesujących i intrygujących postaci.

Najbardziej zżyłam się z Bonnie – spokojną, zdyscyplinowaną, ambitną i skrytą bokserką. W rozdziałach opisujących Bonnie, jej bokserskie zmagania oraz treningi pod okiem Pavla, jej trenera, znalazłam też najwięcej życiowej mądrości, np.:

Na treningach nauczono ją różnicy między reakcją a odpowiedzią. Odpowiedź jest wtedy, kiedy używa się narzędzi, jakie wyćwiczyła, żeby na zimno odeprzeć atak zgodnie z planem rozgrywki; reakcja jest wtedy, kiedy działa się wyłącznie na adrenalinie, zwykle narażając się na dalsze krzywdy.

Ileż to razy w życiu reagowałam, zamiast odpowiadać? A przecież to odpowiadanie jest… odpowiedzią. Szczególnie dla Generatorów i Manifestujących Generatorów, których strategia w Human Design właśnie na tym polega. Wait to respond. Poczekaj, żeby odpowiedzieć.

Dodatkowo Bonnie przypomniała mi o tym, że odpowiadania można się nauczyć. Można je wyćwiczyć po to, żeby później zastosować je w życiu wtedy, kiedy przyjdzie na to czas. Reagujemy, kiedy nie wiemy i kiedy brakuje nam świadomości. Odpowiadamy, kiedy wiemy i kiedy znamy narzędzia. Reagujemy w stresie. Odpowiadamy w spokoju. Tego można się nauczyć. Zapraszam.

I jeszcze jedna mądrość:

Pavel zawsze powtarzał, że największa odległość w boksie to ta między szatnią a ringiem, nie ze względu na oceniające tłumy widzów czy komentatorów, ale dlatego, że tyle czasu ma bokser, żeby jego wiara w zwycięstwo przeniosła się z głowy do serca. Co innego pomyśleć, że jest się mistrzem, a co innego to poczuć. Z głowy do serca, mawiał Pavel, to była najdłuższa podróż, jaką odbywał bokser.

„Z głowy do serca” to też jedna z najdłuższych moich podróży. Może dlatego ten cytat już ze mną zostanie – jako przypomnienie, że nie jestem jedyna, która tę podróż odbywa 🙂

Z kolei trzecia powieść, po którą sięgnęłam tego lata, to

Dopiero, kiedy rozpakowałam paczkę z książkami, zorientowałam się, że chyba mam słabość do niebieskiego koloru. „Siostry Blue”, „Cały ten błękit”… No i ten błękit mnie zgubił, bo tej 630-stronicowej książki nie dokończyłam. Może jeszcze to zrobię, ale póki co nie mogę przebrnąć dalej. Niby temat fajny, bo lubię road tripy na pierwszym planie, tajemnice w tle i ciekawe osobowości, a takimi są główni bohaterzy powieści, Joanne i Emile, ale… No zdecydowanie coś mi w tej powieści nie pasuje. Może dlatego, że podróż odbywa się po południowej Francji, a to nie mój klimat? Może.

Jeszcze nie wiem, czy ją polecam, czy nie. Uważam, że dopiero zapoznając się z czymś w znacznym stopniu, możemy wyrazić swoją opinię. Tutaj bardzo trzymam się wspomnianej już wcześniej zasady, że „nie ocenia się książki po okładce”. A tak w ogóle to właśnie okładka mnie przyciągnęła. Podobnie jak zdanie umieszczone na obwolucie:

„Los łączy ludzi w momencie, w którym najbardziej tego potrzebują.”

Chyba właśnie te słowa najbardziej mnie przyciągnęły, bo uwielbiam temat relacji – łączenia się ludzi na różnych zasadach: i podobieństw, i kontrastów. Uwielbiam też temat tego, co z takich relacji „wychodzi”, dlatego – właśnie postanowiłam – wrócę do tej książki i dopiszę tutaj, co z tego „wyszło” 😉

Tymczasem miałam czytać tego lata same powieści, ale nie mogłam się oprzeć pokusie przeczytania jeszcze jednej książki jednego z moich ulubionych autorów:

Moim zdaniem ta książka jest niejako rozwinięciem oraz uzupełnieniem jego bestsellera pt. „Solve for happy”. Uwielbiam strukturę tej książki. Wszystko jest logiczne i dzięki temu zrozumiałe. Ponadto, inżynierskie podejście, jakie cechuje autora książki, bardzo mi odpowiada. Dzięki „That Little Voice In Your Head” zapamiętam już na całe życie metodologię powracania do poczucia szczęścia. Jest ona zadziwiająco prosta jak na to, jak bardzo jest skuteczna.

Tę książkę polecam wszystkim, którzy chcą zrozumieć, jak działa nasz mózg i tym, którzy chcą stworzyć ze swojej głowy przyjazne, wspierające dla siebie, i swoich marzeń, miejsce 🙂 Ponadto ta książka po raz kolejny przypomniała mi o tym, o czym przypomniała mi również tego lata moja siostra, podarowując mi takie oto płótno:

Zdjęcie napisu "Happiness is not a destination. It is a way of life."

Czy ten artykuł potrzebuje podsumowania?

Nie potrzebuje. Nie wszystko ma zakończenie. Tak jak – w moim przypadku – czytanie, które nigdy nie było moim celem. Od zawsze było moim sposobem – sposobem na znalezienie spokoju, inspiracji i, w konsekwencji, siebie.

Zdjęcie czterech książek, opisywanych w artykule

Nie ma możliwości komentowania artykułów na moim blogu, ale zawsze możesz napisać mi maila, do czego bardzo Cię zachęcam. Zawsze jest mi niezwykle miło, kiedy czytam kilka słów od Ciebie!

Zostańmy w kontakcie: kontakt@designduszy.pl

error: Zawartość strony jest chroniona.
Przewijanie do góry