Obawiam się, że podejmując się napisania tego wpisu, nie wyczerpię tematu. Jest zbyt obszerny i złożony. Mimo wszystko czuję, że chcę podzielić się z Tobą tym tekstem, który powstaje z potrzeby serca i jako odpowiedź na widoczną u ludzi, pogłębiającą się frustrację wszechobecnym ezo odlotem. Natomiast kieruje mną też inspiracja w postaci poczucia satysfakcji, które pojawia się po… zejściu na Ziemię 🙂
Zacznijmy jednak od pytania.
Z czym kojarzy Ci się duchowość?
Bo mi z duszą, głębią, świadomością, pozazmysłowym postrzeganiem (jasnowidzenie, jasnoczucie, jasnosłyszenie), samopoznaniem, poszukiwaniem sensu, relacją z Bogiem / Źródłem / Siłą Wyższą oraz z poczuciem, że generalnie jest coś więcej – coś, co wykracza poza wymiar materialny, czyli poza fizyczną stronę zjawisk i procesów.
I to tutaj zobaczyłam ten paradoks:
Chociaż to codzienne, ludzkie doświadczenia doprowadziły mnie do duchowości, to moje pierwsze doświadczenia z duchowością oddzieliłam od codzienności. I w pewnym momencie (i, na szczęście, bardzo szybko) zorientowałam się, że nie tędy droga.
Jak jest teraz?
Uważam, że duchowość jest w relacjach. Tych ludzkich, w których jesteśmy i z którymi mamy do czynienia na co dzień.
Zawsze się uśmiecham kiedy sobie przypominam jak Eckhart Tolle w swojej książce “Nowa Ziemia” cytował Ram Dassa, który mówił, że
“Jeśli wydaje Ci się, że jesteś taki oświecony, to pojedź na tydzień do swoich rodziców.”
To zdanie przypomina mi o tym, że łatwo być uduchowionym w samotności. Ale kiedy do tej ziemskiej gry, na naszą planszę, wbijają inne osoby, to już tak łatwo nie jest pozostać w kojarzonych z duchowością spokoju i równowadze.
Zauważyłam to ostatnio bardzo wyraźnie w supermarkecie. Przeszłam tam najlepszy, bo najprostszy test duchowości. Kasy samoobsługowe nie działały, w kolejce miałam przed sobą kilka osób, jakiś przedsiębiorca podawał NIP do rachunku, starsza pani wyłożyła na dłoń stos drobniaków, z których ekspedientka miała sobie wyszukać potrzebą kwotę, ktoś inny sprzeczał się o nienaliczony rabat, a jeszcze ktoś inny poinformował, że automat kaucyjny się zaciął. Tymczasem ja miałam przed sobą jeszcze jakieś 20 minut czekania, a byłam bardzo zmęczona i chciało mi się siku.
Po co tak (aż za) dokładnie opisałam tę sytuację? Żeby przedstawić Ci, do jakiego doszłam wniosku w tej kolejce. Mianowicie:
Moja duchowość jest warta tyle, ile moja akceptacja dla drugiego człowieka i to właśnie wtedy, kiedy mam gorszy moment.
Bardzo często, kiedy zauważam w sobie niecierpliwość, irytację i brak tej akceptacji, to robię arkusz Radykalnego Wybaczania. Czyli robię to, co polecam robić też innym 🙂 Notabene, o tym jest dla mnie spójność, która jest wartością znajdującą się niezmiennie na podium mojego systemu wartości. No więc robię ten arkusz lub, kiedy dysponuję mniejszą ilością czasu, stosuję świetne i błyskawiczne narzędzie jakim są Cztery Kroki Radykalnego Wybaczania. I co prawda oba te narzędzia służą do tego, żeby spojrzeć na daną sytuację z innej, szerszej, duchowej perspektywy, ale koniec końców w stosowaniu tych narzędzi chodzi o to, żeby lepiej radzić sobie właśnie z codziennymi sytuacjami.
To jest w ogóle ten paradoks, że w perspektywie duchowej rzadko chodzi o duchowość sensu stricto. Na koniec dnia okazuje się, że duchowa perspektywa ma nam pomóc w ziemskim życiu.
Co do uziemionej duchowości, to znalazłam ją również w pracy zawodowej.
Na przykład ja widzę ją w niby prostych rzeczach takich jak szacunek do czasu innych ludzi. I to wszędzie, również w takim przysłowiowym “korpo”. Może trochę pojadę po bandzie, ale czasami mam wrażenie, że kiedy wchodzimy w świat duchowości to myślimy o tym, żeby być dobrym człowiekiem i wysyłać koleżankom i kolegom z pracy światło i miłość, a wystarczyłoby wysłać im raport w ten dzień, na który się umówiliśmy.
Pamiętam też jak konwersacje mailowe w pracy bywały festiwalem ego. Kto będzie miał ostatnie słowo? Czasami tak sobie myślę, że najlepszym oczyszczeniem aury byłoby wyczyszczenie maili z pasywno-agresywnych uwag. A niektórzy wciąż w pracy z pasją naciskają enter, a w domu zapalają kadzidło, żeby wrócić do swojego centrum. To nie jest duchowość. No chyba, że pojawi się samoświadomość i staniemy w prawdzie, że dzięki tej jednej koleżance z biura szybko mogliśmy zweryfikować, że nasz spokój nie jest jeszcze tym prawdziwym spokojem. Bo nie jest, jeśli towarzyszy nam jedynie w domu, już po pracy, przy zapalonym palo santo.
Z tego samego powodu mam ogromny problem z praktykami rzekomo duchowymi, które mają nam pomóc wznieść się na jakieś wyżyny świadomości, ale absolutnie nie przekładają się na to, żeby lepiej nam się żyło na co dzień.
Przykład?
Niektórzy poszukują informacji i ćwiczeń, które mają sprawić, że aktywuje czy też otworzy im się trzecie oko, no bo rzekomo może to pogłębić duchowe połączenia. A często poznając takie osoby “za kulisami” chciałoby się wręcz zasugerować, że może warto by najpierw otworzyć te dwa, które się już ma? 🙃

A jeśli jesteśmy już przy oczach, to płynnie przejdę do zmysłów i tej duchowej eureki jakim jest zrozumienie, że jesteśmy tu, na Ziemi, po to, żeby przeżyć ludzkie życie.
Odniosę się jeszcze raz do tego, o czym już pisałam we wpisie “Kiedy AI mnie zastąpi”. Podkreślałam tam unikalność naszego doświadczenia, czyli że będąc człowiekiem mamy niesamowite możliwości doświadczania przez to, że JESTEŚMY w ciele. Że możemy BYĆ i doświadczać wszystkimi zmysłami. Widzieć. Czuć. Dotykać. Słyszeć. Smakować.
Kiedy myślę o duchowości, której integralną częścią jest odnalezienie się w materii i miłość do fizycznego ciała, to zawsze przypomina mi się książka “Dziewięć dni w nieskończoności”, o której pisałam już tutaj (sprawdź wpis na blogu). Anke Evertz opisuje w niej swoje przeżycie z pogranicza śmierci i zadziwiające było dla mnie, ile miejsca w tej książce autorka poświęciła na podkreślenie znaczenia ciała dla naszego ziemskiego doświadczenia. Pamiętam, że bardzo mnie to uderzyło w tej książce. Spodziewałam się, że będzie więcej o duchowości, a zaskakująco dużo było o fizyczności.
“Ciało jest największym skarbem człowieka!”
pisze Anke Evertz i dodaje:
“Tego zdania wypowiedzianego przez mojego mistrza nigdy nie zapomnę, ponieważ odkąd je usłyszałam, ciągle doświadczam zawartej w nim głębokiej prawdy. Chcieliśmy się w nim urodzić i w tym celu wybraliśmy dla siebie idealne ciało. Czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, czy ono się nam podoba, czy nie – niczego to nie zmienia. Nasze ciało wyraża dokładnie to, czego potrzebujemy do własnego rozwoju, do tego, aby mógł się toczyć proces samopoznania.”
Piękny jest ten powrót do ciała opisany w tej książce.
Po doświadczeniu z pogranicza śmierci Anke Evertz nie tylko fizycznie do niego wróciła, ale też nawiązała z nim głęboką relację. I może warto zainspirować się jej historią, opisaną w książce “Dziewięć dni w nieskończoności”, bo często poszukując sensu, pragnąc zmiany i wchodząc w duchowość zaczynamy szukać za daleko. A Anke Evertz pisze tak:
“Gdy zaczęłam sprawdzać, jak mogłabym odmienić moje życie i nadać mu inny kierunek, okazało się to wcale nietrudne – dzięki temu, że zaangażowałam do tego ciało.”
Zatem uziemiona duchowość to według mnie ta, która uznaje i uważnia ciało i która przejawia się w tym, jak je – moje ciało – traktuję.
Ciało, które jest szalenie ważne, bo mieszka w nim moja dusza i chciałabym, żeby dobrze i przyjemnie się jej tutaj mieszkało. Zatem na ten moment czuję, że jestem istotą duchową wtedy, kiedy akceptuję ciało, czuję je, doceniam je, pozwalam mu odpocząć. Zwracam uwagę na to jak oddycham i jak chodzę. Słucham sygnałów z ciała i rozumiem, że symptomy i dolegliwości to ważne informacje dotyczące nie tylko kondycji mojego ciała, ale też mojej duszy.
I w ogóle w tym całym wpisie chodzi mi o to, że
Duchowość to… codzienność.
Przychodzi taki etap w życiu, kiedy pojawia się świadomość, że duchowość to to, jak żyjemy. Miarą duchowości staje się to, z jaką energią wchodzimy na spotkanie albo jak rozmawiamy z upierdliwym menedżerem w pracy. Czy jesteśmy życzliwi, czy syczymy na wszystkich dookoła. Czy jesteśmy szczerzy i autentyczni w każdym obszarze naszego życia, czy mamy specjalne maski na tę czy inną okazję. Czy musimy podkreślać hierarchię, identyfikować się z tytułami i wszędzie zaznaczać naszą ważność, czy rzeczywiście czujemy, że wszyscy jesteśmy równi (co nie znaczy, że tacy sami), nikomu nie trzeba nic udowadniać i można po prostu być i robić swoje, ufając, że nasza energia będzie mówić sama za siebie.
Uziemiona duchowość jest zatem świadomym przeżywaniem zwyczajności dnia codziennego.
Zwyczajności, na którą składa się… życie, czyli często praca na etacie, prowadzenie działalności, opieka nad dzieckiem, spacer z psem, rozmowa z drugim człowiekiem, układanie puzzli, małe i duże podróże, sadzenie kwiatów w doniczkach i robienie zakupów. Niekoniecznie świece, kadzidła, kryształy, zwiewne sukienki i długie kolczyki z piórami. Tak że mam dla Ciebie dobrą wiadomość: Jeśli dzisiaj zrobisz sobie herbatę i przez minutę po prostu poczujesz jej ciepło w dłoniach, to jesteś bliżej sedna sprawy, niż myślisz.

I jeszcze jedna sprawa:
Jak to się ma do Human Design i Radykalnego Wybaczania?
W uziemionej duchowości Human Design oraz Radykalne Wybaczanie traktowane są jak narzędzia, które służą temu, żeby lepiej się nam żyło – tutaj, na Ziemi.
Human Design. Przecież już sama nazwa na to wskazuje. HUMAN – człowiek.
Moim zdaniem to narzędzie pojawiło się po to, żeby nam pomóc w samopoznaniu i w rozeznaniu, które często dotyczy codziennych wyborów: kiedy iść spać, jakiej pracy nie brać, a także z kim nam po drodze, a kto lub co drenuje naszą energię, więc trzeba będzie uważać. Owszem, jest w Human Design dużo pojęć na wyrost, chociażby takich jak krzyż inkarnacyjny, który przedstawia naszą życiową misję (i który świetnie tłumaczę w tym odcinku podcastu), ale liczne aspekty Human Design są proste i świetnie wspierają w codziennym życiu, bo podpowiadają np. czy i jak inicjować działanie (strategia w Human Design), w jaki sposób podejmować codzienne decyzje (autorytet wewnętrzny w Human Design) i jak wchodzimy w związki międzyludzkie (definicja w Human Design – tutaj przeczytasz o tym więcej).
Natomiast Radykalne Wybaczanie pojawiło się po to, żeby pomóc nam mieć lepsze relacje.
Bo Radykalne Wybaczanie jest o relacjach z drugim człowiekiem – z rodzicem, z dzieckiem, z przyjaciółką, z ludźmi z zespołu w pracy i, oczywiście, ze sobą. Z mojego doświadczenia wynika, że duchowe poczucie jedności i olśnienie, że “wszystko dzieje się nie mi, tylko dla mnie” to efekt uboczny Radykalnego Wybaczania. Zazwyczaj sięgamy po nie absolutnie nie po to, żeby wznieść się na duchowe wyżyny, tylko żeby poczuć ulgę w naszym codziennym życiu, polepszając jakąś relację, odzyskując ją lub zamykając temat, ale bez żalu i złości, które męczyły(by) nas przez lata.
Natomiast z racji tego, że specjalizuję się w zmianie perspektywy, to nie mogę powstrzymać się od zamieszczenia tutaj takiej końcowej refleksji:
Może czasem żeby “zejść na Ziemię” trzeba najpierw „odlecieć” w duchowość? 😉
W końcu najlepiej poznajemy siebie na zasadzie kontrastu, a powrót do poczucia jedności zazwyczaj poprzedza poczucie oddzielenia.
Może z duchowym odlotem i powrotem do zachwytu (nie)zwykłą codziennością, w której ucieleśniamy i uziemiamy duchowe przeżycia, jest podobnie.

Mój blog nie ma opcji komentowania wpisów, ale jeśli ten tekst Cię poruszył lub chcesz podzielić się swoją refleksją bądź opinią,
to zawsze możesz do mnie napisać na: kontakt@designduszy.pl
Czekam na Twojego maila, a Ty, droga Czytelniczko oraz drogi Czytelniku, spodziewaj się odpowiedzi! 🙂
(na każdego maila odpisuję)
Oprócz bloga nagrywam podcast oraz piszę i wysyłam Soulletter.
To listy z Duszą, w których dzielę się wiedzą, doświadczeniem oraz sprawdzonymi narzędziami do rozwoju samoświadomości.
Opowiadam tam również historie, które poruszają, wzruszają, inspirują i dają nadzieję.
Jeśli potrzebujesz przekonać się, czy to coś dla Ciebie, zajrzyj TUTAJ i przeczytaj fragment takiego listu.
Na bezpłatny Soulletter możesz zapisać się poniżej:

