Kiedyś łudziłam się, że czyjś proces poznawczy można przyspieszyć – że kierując kogoś na odpowiednie treści, do właściwych osób, na dobrą drogę można komuś pomóc i przyspieszyć jego rozwój. Notabene: odpowiednie, właściwe i dobre to pojęcia względne, zresztą jak wszystkie pojęcia.
Tak samo jak względne jest nasze przeświadczenie, że możemy kogoś uratować.
Kilka lat temu pewna osoba opowiadała mi o sytuacji w swoim życiu. Nie na sesji, wtedy ich jeszcze nie prowadziłam. Ba, nie myślałam nawet, że będę takowe prowadzić! Opowiadała mi o tej sytuacji ze swojego życia przy kawie. Swoją opowieścią przypomniała mi mnie sprzed jakiegoś czasu – z klapkami na oczach, okłamującą się, niedostrzegającą, że relacja, w której wtedy byłam, to droga donikąd. Ta osoba była jednak święcie przekonana, że „on jest inny!”, tyle że (oczywiście, już dużo później) okazało się, że on jest taki sam i sytuacja jest rażąco… identyczna. Ta osoba powtarzała pewien schemat, nie widząc tego schematu. Ktoś odgrywał dla niej tę samą rolę, tylko tym razem wyglądał trochę inaczej.
Bo jak to mówimy w świecie Radykalnego Wybaczania: „Scena jest taka sama, tylko aktorzy się zmieniają.”
Skupiłam się na delektowaniu się kawą i po prostu słuchałam. Dzisiaj nazwałabym to intuicyjnym stosowaniem się do mojej strategii jako Generatora w Human Design: Czekałam, żeby odpowiedzieć. A że ta osoba nie pytała mnie o zdanie, a jej słowotok uniemożliwiał wtrącenie jakiegokolwiek komentarza, to nie odpowiadałam. Zresztą, na tym etapie już wiedziałam, jak to działa. Mogłabym jej co prawda opowiedzieć moją historię, wykazać podobieństwa, nakreślić, jak będzie wyglądała ta linia czasu, jeśli pójdzie w ten ślepy zaułek, ale wiedziałam już jedno: Nie ma co przekonywać nieprzekonanych.
W przeszłości to zdanie wystarczało mi jednak tylko do pewnego momentu – do tego, w którym nie straciłam cierpliwości. A cierpliwość traciłam słuchając po raz setny o kolejnych etapach relacji „on jest inny!”, która była jota w jotę jak moja relacja – ta skazana na porażkę.
Dlatego tak lubię Metodę Tippinga, którą pracuję – bo tam jest co prawda miejsce na opowiedzenie historii o tym, co nas spotkało, ale nie ma miejsca na jej maglowanie bez końca. Tym różni się Radykalne Wybaczanie od tradycyjnego. W tradycyjnym można całe życie czuć żal i wracać do jednej i tej samej historii, podczas gdy w radykalnym opowiadamy tę historię, czujemy emocje, a w kolejnych etapach wychodzimy z krainy ofiar dostrzegając, że wcale tam tak fajnie nie było… I już nie ma potrzeby ponownego opowiadania tej historii i powtarzania danego schematu. Lekcja jest odrobiona.
Ale, jeśli chodzi o tę osobę, to na sesji Radykalnego Wybaczania nie byłyśmy, tylko po prostu spotkałyśmy się na kawę. Więc przyszedł taki moment irytacji, że ja coś ewidentnie widziałam, a ona nie i że nie mogę jej pomóc, chociaż chcę. Z jednej strony włączyła mi się Ratowniczka, ale z drugiej strony miałam świadomość, że ta osoba absolutnie nie była gotowa zobaczyć tego, że totalnie jechała po schemacie, kolanka sobie już zdarła, zarypała łokciem o asfalt, strużka krwi jej płynie z noska, ale dalej zapiera się rękami i nogami, że jej to służy i wszystko jest dobrze. Wdech, wydech. „Nie ratuj!” pomyślałam, ale w myślach krzyczałam:
„Aaaaaa!!! Kiedy ona zrozumie?!”
Tak to już jest w moim życiu, że jak stawiam pytanie, to dostaję odpowiedź. Wtedy jeszcze czekałam bardzo długo na odpowiedź, ale aktualnie prędkość otrzymywania tej odpowiedzi wynosi ok. 2 dni. Nie żartuję. Odbywa się to na różne sposoby – rozmawiam z kimś i zatrzyma mnie jakieś wypowiedziane przez tę osobę zdanie, oglądam odcinek serialu, w którym jest przedstawiona podobna sytuacja, czytam książkę, w której znajduję wyjaśnienie albo trafiam na podcast, w którym jest dla mnie odpowiedź. Możliwości jest wiele. Wszechświat / Bóg / Wyższe Ja / Źródło się nie ogranicza.
Tym razem był to właśnie podcast, w którym pewna kobieta wspomniała o czymś takim jak… nasycenie doświadczeniem. Pierwszy raz usłyszałam, żeby ktoś tak umiejętnie to ujął. Analizując jej wypowiedź dotarło do mnie wreszcie to, dlaczego bycie w roli ratownika i próba pomocy osobie niegotowej na otrzymanie wsparcia jest marnowaniem energii. Dotarło do mnie, że…
Dopóki ktoś jest nienasycony doświadczeniem, to nie jest gotowy na rozwiązanie.
Znasz to? Bo ja to znam bardzo dobrze, ale – jeszcze raz powtórzę – tamta kobieta w podcaście ujęła to idealnie za pomocą zaledwie dwóch słów: nasycenie doświadczeniem.
Natomiast sam mechanizm jest znany od wieków. Powtarzamy pewne błędy, nie widząc schematu, który za tym stoi i wielce się dziwimy, że znowu nie wyszło.
Natomiast w pewnym momencie coś pęka. Docieramy do takiego punktu w naszym życiu, że mamy dość tej sytuacji, czyli, stosując nowo poznaną terminologię, NASYCILIŚMY SIĘ DOŚWIADCZENIEM.
To jest ten moment, w którym jesteśmy gotowi na rozwiązanie.
I dopóki ten moment w nas nie nastąpi, to rozwiązania, które będzie nam podawała druga osoba choćby i na tacy, nie zobaczymy, nie usłyszymy, nie poczujemy, nie wdrożymy, nie zastosujemy. Choćby to rozwiązanie było najlepsze na świecie – nie trafi do nas, bo nie widzimy i nie słyszymy przekazu, który nie odpowiada naszemu poziomowi świadomości. Te informacje są poza obszarem naszej percepcji. Nie mamy do nich dostępu. Może i będziemy słuchać, ale nie usłyszymy.
Pamiętam, że kiedyś ktoś opowiedział mi o kobiecie, której matka miała problem z alkoholem. Ta kobieta (córka) zadzwoniła nawet kiedyś do instytucji, która pomagała wyjść z nałogu osobom uzależnionym z pytaniem, jak może pomóc swojej mamie. Co może zrobić. Dostała odpowiedź, że niestety nic. Że oni mogą pomóc tylko osobie, która sama się po tę pomoc zgłosi.
Dlatego tak bardzo lubię to, co robię.
Bo na sesje Radykalnego Wybaczania trafiają do mnie osoby, które same się do mnie zgłaszają, bo już nasyciły się doświadczeniem. Nie zajmuję się tematami uzależnień – tutaj kieruję do specjalistów. Ale zajmuję się tematami relacji. Te osoby, które się do mnie zgłaszają, już przemaglowały jakiś temat (np. żal do byłego, złość na aktualną partnerkę, ból po stracie przyjaciółki, itp.) wzdłuż (różnymi metodami) i wszerz (przez długie tygodnie, miesiące, a nawet lata), a teraz już chcą ulgi, która przychodzi, kiedy podchodzimy do tematu zupełnie inaczej niż dotychczas. Ulgi, która uwalnia od tej sytuacji i ma jeszcze jedną zaletę, bo pozwala stworzyć zdrowe, piękne relacje – zarówno ze sobą, jak i z drugą osobą.
To są megasatysfakcjonujące sesje, bo przeprowadzam Cię od konkretnego A do konkretnego B. Od
„Nie rozumiem, dlaczego mnie to spotkało.”
do
„Wow! To o to w tym chodziło! Szkoda, że nie trafiłam na Radykalne wcześniej. Oszczędziłabym i czas, i pieniądze.”
„Nie oszczędziłabyś” – odpowiadam wtedy, radykalnie rozwalając tę iluzję.
Dlaczego tak radykalnie?
Bo nie ma żadnego wcześniej ani później.
I nie można nikogo uratować.
Na Radykalne Wybaczanie trafia się w momencie, w którym jest się gotowym dostrzec rozwiązanie. I ten moment dla każdego jest inny. Idealnie zaplanowany przez Wyższe Ja. W tym planowaniu nie ma pomyłek.
Doświadczamy tak długo i z taką intensywnością, jakiej potrzebujemy.
Wiem, bo do mnie książka „Radykalne Wybaczanie” Colina Tippinga trafiła dobrych kilka lat temu, ale przeczytałam ją dopiero gdy nasyciłam się doświadczeniem.


