Mądrość na czterech łapach. Czego nauczył mnie mój pies?

Otwieram drzwi. Stoi za nimi duża paczka. Wnoszę ją czym prędzej do mieszkania, kucam i rozpakowuję. Rozcinam karton i wyjmuję z opakowania legowisko. Dotykam miękkiego materiału i zaczynam czuć spokój, chociaż ze wzruszenia napływają mi do oczu łzy. Szybko je ocieram i wstaję. Omiatam wzrokiem salon i kalkuluję co, gdzie i jak przesunąć, żeby zrobić dla niego miejsce. Stwierdzam, że najlepiej będzie mu tutaj. Przesuwam komodę i umieszczam tam legowisko. Omiatam wzrokiem pokój. Jest dobrze.

Kiedy mój partner wraca do domu, dzielę się z nim moimi wątpliwościami.

– Czy ono nie jest za małe? A nie będzie mu tutaj za twardo? A może jednak jakieś inne miejsce będzie lepsze? – pytam.

Widzę, że on nieznacznie wywraca oczami, kiedy to słyszy, a jednak przytula mnie i z czułością przypomina mi, że w schronisku jest buda, głośne szczekanie innych psów i dużo stresu. A tutaj, u nas, czeka już na niego własne, wygodne miejsce, spokój i dużo miłości.

Patrzę jeszcze raz na tę szarą poduszkę i dostrzegam kontrast, bo przeczuwam, że nasze życie już za chwilę nabierze kolorów. Póki co tylko dzięki mojej wyobraźni słyszę odgłos łap, kiedy nasz czworonożny przyjaciel biegnie przez mieszkanie i widzę jego merdający w lewo i w prawo ogon, kiedy czeka na smaczki. Wyobraźnia pozwala mi też pogłaskać go i poczuć miękkie futerko, pod którym kryje się wdzięczna dusza. Bo, tak, jestem z tych co wierzą w to, że zwierzęta mają duszę.

Wracam myślami do teraźniejszości, ale jednocześnie cieszę się na przyszłość.

Już za chwilę będzie z nami, ale w moim sercu już jest.


Powyższy tekst napisałam na warsztatach kreatywnego pisania. Od czasu do czasu wracam do niego. Za każdym razem mnie wzrusza. Szczególnie wtedy, kiedy czytam, a główny bohater tekstu leży niedaleko i słodko śpi. 

Jest z nami od ponad roku. Zaprosiliśmy go do naszego życia, a on je zmienił. Na jeszcze lepsze.

Dzisiaj o tym, że dzięki temu uroczemu adopciakowi odebrałam bardzo ważne, życiowe lekcje. 

W tym wpisie opowiem o trzech z nich. Każda będzie, mam nadzieję, inspirująca. 

Zapraszam na krótkie historie o uważności, obecności, pięknie relacji pies-człowiek, poczuciu odpowiedzialności za inne istnienie oraz świadomym powrocie w dorosłym życiu do zabawy i radości.

Labrador spi na sofie

Wchodzimy do mieszkania, a ja w płacz. Nie ma merdającego ogona, oczu pełnych radości i złapania pierwszego lepszego buta z tych stojących w przedpokoju – dla rozładowania emocji z powodu szczęścia, że “Super! Już wrócili!”. 

Zamiast tego wita nas cisza.

Nasz czworonożny przyjaciel został w przychodni na zabiegu. Zdecydowaliśmy się na usunięcie guza kiedy zaczął się on niebezpiecznie powiększać i nie do końca było jasne, co to jest i jak groźne może się okazać.

Zabieg i wybudzenie ze znieczulenia miały trwać około trzech godzin. Trzy godziny bez pieska, który, od kilku miesięcy, przez cały czas, 24/7, był z nami. 

I nagle pustka. 

Niby wiem, że już za chwilę pojedziemy po niego. Czuję, że wszystko jest dobrze, bo nasz adopciak to bardzo silny pies. Nigdy nie narzeka, nie skarży się, nie marudzi. A jednak łzy lecą ciurkiem, bo ta namiastka fizycznej nieobecności sprawia mi niemal fizyczny ból. 

Kocham tego psiaka.

Dzień zabiegu przypomniał mi jakie to szczęście, że już nie potrzebuję budzika, bo codziennie po piątej budzi mnie piesek, kładąc pyszczek na brzegu łóżka. Od tamtego dnia już nigdy nie myślę o tym, że jest tak wcześnie, tylko dziękuję za kolejny dzień, który możemy spędzić razem. Zatem ostatecznie to nie podcasty o “powerful gratitude” tylko on, pies, nauczył mnie zaczynania każdego dnia od wdzięczności.

Pyszczek opartego o brzeg lozka labradora patrzacego gleboko w oczy

Wracamy do przychodni. Patrzę na ogromny, plastikowy kołnierz, który przyczepiony jest do jego obroży i który będzie musiał nosić przez najbliższe dwa tygodnie. Zastanawiam się, jak on to zniesie. Czy to będzie droga przez mękę? 

Po raz kolejny ten biszkoptowy labrador nas zaskakuje. Po wybudzeniu nie ma żadnego sprzeciwu czy próby ściągnięcia kołnierza.

Pojawia się radykalna akceptacja.

Piesek zachowuje się tak, jakby najnormalniejsze w świecie było to, że przed chwilą kołnierza nie było, a teraz jest. Jakby mówił: “Jest okej. Życie toczy się dalej. Co prawda jest trochę niewygodnie, ale mam apetyt, biegam, bawię się, nie narzekam. Popatrzmy na pozytywy. Jest dobrze.”

Nasz kochany adopciak pokazał mi praktyczny wymiar zaufania i akceptacji. Od tamtego momentu, kiedy mam jakąś niekomfortową sytuację, to przypominam sobie o tych dwóch tygodniach dzielnego noszenia kołnierza. Szukam w sobie akceptacji, a wokół pozytywów. Przypominam sobie, że przecież jest dobrze, a “to też minie”. I ponad wszystko staram się pamiętać o tym, że kiedy jestem otoczona ludźmi, dla których jestem ważna i którzy chcą dla mnie jak najlepiej, to akceptacja, która daje spokój, staje się najlepszym wyborem.

Pies z kolnierzem pozabiegowym

– Spotkaliśmy w windzie tę panią, co to ciągle mówi do niego: “Piękne masz uszy!”. Ja nie wiem, co ona ma z tymi uszami – opowiadam, a w słuchawce słychać śmiech.
– No i byliśmy na placu zabaw dla psów – kontynuuję.
– To skąd ta irytacja w głosie? – pyta przyjaciółka.
– Jestem cała w ziemi i piachu – odpowiadam.
– Alicja, a masz pralkę?

Zirytowałam się po raz kolejny, bo pytanie niby głupie, ale przecież dobrze wiem, o co chodzi. 

Zabawa. Tego dotychczas brakowało w moim dorosłym życiu, w którym niejako podświadomie i bardzo wcześnie zdecydowałam, że ma być poważnie. Logika, struktura, plan, działanie, cele, efekty. 

Zobaczyłam to również podczas procesu odblokowywania mojej kreatywności i powrotu do twórczości. 

Julia Cameron w książce “Droga artysty” wyjaśniała, że podstawą twórczego odrodzenia jest codzienne pisanie porannych stron oraz chodzenie na artystyczne randki. O ile to pierwsze było dla mnie łatwe i przez trzy miesiące konsekwentnie je odrabiałam, to w ciągu tych samych trzech miesięcy na artystyczną randkę poszłam dwa razy, chociaż miałam pójść dwanaście. Zawsze znajdowałam jakąś wymówkę, żeby nie spędzić dwóch godzin w tygodniu na twórczym, kreatywnym, spontanicznym działaniu. Jakże ciekawie było przeczytać, że nie jestem w takim zachowaniu odosobniona. Autorka kursu pisze bowiem tak:

“Odradzających się twórców znacznie łatwiej jest nakłonić do dodatkowej pracy, jaką są poranne strony, niż do zabawy, jaką są randki artystyczne. (…) Zabawa budzi lęk. (…) Chcesz się przekonać? Spytaj siebie, ile czasu przeznaczasz tygodniowo na zabawę – czystą, niczym niezmąconą, bezproduktywną zabawę?”

“Zabawa budzi lęk.”

Uderzyła mnie zarówno sama sprzeczność, jak i trafność tego stwierdzenia. Od kiedy rozumiem emocje pierwotne, to jestem również świadoma tego, co kryje się za każdą z nich. 

W przypadku lęku słowo-klucz to kierunek. 

Często odczuwamy lęk, bo nie podejmujemy decyzji. Często też dlatego, że nie wiemy, w którą stronę. A taka jest przecież zabawa! Nie wiemy, dokąd nas zaprowadzi. Jest spontaniczna i często nie ma jasno określonego celu. 

Na szczęście mam psa, który kocha się bawić i pokazuje mi, ile radości daje właśnie ta czysta, niczym niezmącona i bezproduktywna zabawa. Spędzamy godziny na przeciąganiu liny, aportowaniu i szukaniu smakołyków. 

Kocham też momenty, w których jestem świadkiem zoomies. Kiedy nasz pies spotyka swoją ulubioną koleżankę i biegają razem po parku bez opamiętania, obracają się w kółko, podskakują. Pełna ekscytacja, a na mojej twarzy uśmiech od ucha do ucha. 

Pies nauczył mnie, że w zabawie nie ma żadnego celu. I nie musi być. Zabawa jest po to, żeby się bawić.

To jak w tym tekście, który kiedyś bardzo często cytowałam. Szło to mniej więcej tak:

– Tato, kupisz mi trampolinę do skakania? – pyta chłopczyk.
– Ale po co ci trampolina?
– Do skakania.

Każdego dnia przekonuję się, że w zabawie jest głęboki sens. Że mogę „zluzować gacie”, nie muszę brać wszystkiego tak na poważnie i powinnam częściej przypominać sobie o tym, że…

„Man suffers only because he takes seriously what the gods made for fun.” – Alan Watts
(tłum. Człowiek cierpi tylko dlatego, że bierze na poważnie to, co bogowie stworzyli dla zabawy.” – Alan Watts

I już zawsze chcę pamiętać o tym, że zabawa daje radość, która jest życiowym celem samym w sobie.

Uśmiechnięty labrador leżący na trawie w parku

Lido odmówił porannego spaceru, a kiedy próbował wstać, zaskomlał. Nie mógł się podnieść. Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak.

– Dzwonię po weterynarza. 

Weterynarz mógł przyjechać dopiero o piętnastej. Tego dnia miałam wrażenie, że minuta trwa godzinę, a godzina całą wieczność. W tym relatywnie pojmowanym przez nas czasie na zmianę siedzieliśmy z pieskiem, głaskaliśmy go i pocieszaliśmy. W sumie nie tylko jego, ale też siebie nawzajem. 

Dzwonek do drzwi. Wreszcie! 

Otwieram i widzę brodatego, postawnego mężczyznę o niezwykle szerokich barkach. Mogłabym przysiąc, że zajechał do nas w drodze powrotnej z siłowni. 

Zaczynam mu tłumaczyć, że pies od rana nie wstał. Mój partner siedzi z naszym czworonożnym przyjacielem na podłodze. Weterynarz omiata wzrokiem pokój i rozeznuje się w sytuacji po czym przez dłuższą chwilę patrzy na naszego adopciaka. 

– Wstań! – mówi nagle swoim niskim, zdecydowanym głosem.

“Jezus się znalazł!” – przebiega mi przez głowę myśl, ale… pies wstaje. Mój partner patrzy na mnie, ja z rozdziawionymi ustami patrzę na weterynarza, weterynarz na psa, a pies stoi i patrzy się na mnie, niemal sam zdziwiony tym, co tu się właśnie wydarzyło. Dramat niemal zamienia się w komedię.

– No. To jest dobrze – komentuje weterynarz i zabiera się za badanie odruchów motorycznych, a następnie stawia diagnozę. Aż tak dobrze nie jest.

Piesek dostaje zastrzyk, a my zalecenia: za trzy godziny wyjść z nim na krótki spacer, jutro badania, pojutrze… Słucham, rozumiem, ale koncentruję się na najbliższym w czasie zaleceniu.

– A co, jak nie wstanie? – pytam.
– Wstanie.
– A jeśli nie? – kwestionuję dalej.
– Wstanie.

Imponuje mi ta pewność. Z jednej strony wydaje mi się to zuchwałe, ale słuchając tego pana stwierdzam, że jego pewność wynika z kompetencji, kwalifikacji i doświadczenia, czyli mieszanki, którą bardzo cenię.

– A co my możemy jeszcze dla niego zrobić? Teraz, zaraz? – pytam, bo włącza się moja chęć natychmiastowego działania, które daje mi poczucie, że mam nad sytuacją jakąkolwiek kontrolę.

Zapada długa cisza. 

“No co, jak co, ale napięcie to ten gość też potrafi zbudować” – myślę, kiedy weterynarz patrzy na mnie, na mojego partnera i znowu na mnie. W końcu się odzywa.

– Proszę państwa… Czas – odpowiada – Dajcie mu czas.

Kasuje niemałą sumkę i wychodzi, a ja myślę sobie: “Co to za porada?!”, podczas gdy mój partner przerywa moje zamyślenie, mówiąc: 

– On ma rację. Dajmy mu po prostu czas.

I w ten sposób po raz kolejny coś zrozumiałam. Chociaż… Może tak naprawdę dotarło to do mnie o wiele później? 

Jednak to w tym dniu podjęłam decyzję i postanowiłam rozwijać w sobie cierpliwość. 

W ciągu kolejnych tygodni uczyłam się tego, że procesu zdrowienia często nie da się przyspieszyć. Naturalne jest, że regeneracja wymaga czasu. Uświadomiłam sobie, że nasz pies ma już wszystko, czego potrzebuje – kochających i troskliwych opiekunów, spokojny i bezpieczny dom, opiekę medyczną, pełnowartościową dietę, regularne spacery i zabawę. Może rzeczywiście teraz, szczególnie w tej sytuacji, potrzebuje już tylko czasu.

Weterynarz miał rację. Z dnia na dzień nasz towarzysz życia odzyskiwał siły. 

I chociaż weterynarz to lekarz zwierząt, to jego porada pomogła również mi.

Może chodzi już tylko o czas.

Wreszcie zobaczyłam i doceniłam, jak wiele już zrobiłam i jak dużo codziennie robię. Brakowało mi jedynie cierpliwości, która w gruncie rzeczy jest akceptacją, że każda zmiana rodzi się w czasie. 

Usmiechniety labrador spiacy na kanapie na miekkim kocu

A czego Ciebie nauczył Twój czworonożny (lub skrzydlaty!) przyjaciel?

Nie mam wątpliwości, że zwierzęta pojawiają się w naszym życiu z jakiegoś ważnego powodu. To nie przypadek, że ktoś decyduje się na kota czy adoptuje psa. Nie bez znaczenia jest również moment, w którym ta istota staje na naszej drodze.

Jak to wygląda w Twoim życiu?

Niezależnie od tego, czy Twój dom i serce dzieli z Tobą pies, kot, czy papuga, to jestem przekonana, że masz w sobie historię, która jest właśnie o tym, jak bardzo nasze życie się zmienia. I jak wiele dobrego dzieje się w naszym życiu dzięki ich obecności.

Na moim blogu nie ma możliwości komentowania wpisów, ale jeśli masz ochotę podzielić się taką historią, to usiądź na moment i napisz do mnie. Nie musisz przejmować się ani stylem, ani gramatyką. Zresztą, zobaczysz, że tę historię napisało już życie, więc jak tylko zaczniesz pisać, to słowa będą płynąć 🙂

kontakt@designduszy.pl

Każdą wiadomość czytam i na każdą odpowiadam 🙂


Oprócz bloga dwa razy w miesiącu piszę i wysyłam listy. To właśnie w Soulletterze – listach pisanych z sercem i z sensem – dzielę się doświadczeniem, osobistymi spostrzeżeniami i skutecznymi narzędziami do rozwoju samoświadomości.
Na Soulletter możesz zapisać się tutaj:


error: Zawartość strony jest chroniona.
Przewijanie do góry