Trzy kobiety i trzy drogi: do mocy, kreatywności i sensu

Chociaż wciąż dużo czytam, to ostatnio pojawia się na blogu mniej wpisów o przeczytanych książkach, bo – prawdę mówiąc – wiele z nich mnie rozczarowało. 

Poniżej dzielę się z Tobą tymi, które, moim zdaniem, są warte uwagi.

Znajdziesz wśród nich dwie książki wydane ćwierć wieku temu oraz jedną, która miała premierę stosunkowo niedawno – w kwietniu 2026 roku. Zapraszam. 


Poznaj moc, która jest w tobie, Louise L. Hay

Jak dowiadujemy się już z przedmowy, książka ta jest kontynuacją bestsellera “Możesz uzdrowić swoje życie”. I rzeczywiście. Po przeczytaniu przeze mnie obu (w “poprawnej” kolejności – najpierw bestseller, później kontynuacja) stwierdzam, że… warto przeczytać tę pierwszą. 

Dlaczego? 

Mam wrażenie, że “Możesz uzdrowić swoje życie”, chociaż wydana wcześniej, jest nadal absolutnie aktualna, natomiast w wydanej w 1991 roku kontynuacji pt. “Poznaj moc, która jest w tobie” nader wybrzmiewają problemy i tematy schyłku lat 80. i początku lat 90. XX wieku. Z tego powodu niektóre rozdziały po prostu pominęłam. Świat się zmienił.

Ponadto, mam wrażenie, że w pierwszej książce są podstawy, które całkowicie wystarczą. 

Niektóre rozwinięcia tematu zawarte w drugiej są po prostu zbędne lub są powtórzeniem treści pierwszej książki. 

Czy warto zatem sięgnąć po “Poznaj moc, która jest w tobie”?

Mam taką refleksję, że to zależy 😉 Czasami warto wrócić do podstaw, które – kiedy jesteśmy już na zupełnie innym poziomie rozwoju – wydają się nam proste i oczywiste. W miarę czytania okazuje się jednak, że będąc już gdzieś na bardziej zaawansowanym etapie drogi (a przynajmniej tak nam się wydaje…), zdarza się nam o tych oczywistościach zapomnieć. 

Louise Hay przypomina więc o słuchaniu intuicji, potędze wypowiadanych słów i konieczności zmiany starych uwarunkowań (dzisiaj powiedzielibyśmy: przekonań). I, jak to ona, w tej książce również konsekwentnie i często przypomina o miłości do siebie.

Okładka książki "Poznaj moc, która jest w tobie" Louise L. Hay

“Bez względu na to, jaki masz problem, najlepszym rozwiązaniem jest miłość do siebie.” 

Jest to, co prawda, cytat z jej innej książki pt. “Praca z lustrem”, jednak przesłanie zostaje zawsze takie samo: Akceptacja siebie i miłość do siebie są kluczem do udanego życia. 

Podobało mi się również zawarte w książce przypomnienie o zasadzie lustra. Louise Hay pisze tak:

“Być może zabrzmi to niepokojąco, lecz jeśli przyjrzymy się ludziom, z którymi stykamy się w życiu, zauważymy, że traktują nas zgodnie z tym, co myślimy o sobie.”

To ważny reminder, bo często pamiętamy o zasadzie lustra wtedy, kiedy jest dobrze, a zapominamy, że ona działa zawsze. Również wtedy, kiedy daną sytuację oceniamy jako niekorzystną. A trzeba pamiętać na każdym kroku, że – jak to śpiewa ShataQS – “świat jest lustrem tego, co w nas.” 

Ponadto, doceniam tę książkę jeszcze za jedno zdanie:

“Wszystkie teorie świata są bezużyteczne, dopóki nie nastąpi działanie (…).”

O, tak, zdecydowanie. 

Czytam książki, bo uwielbiam poszerzać horyzonty, poznawać inne punkty widzenia i przypominać sobie regularnie o tym, co ważne. Najważniejsze jednak, żeby zastosować wskazówki, o których się czyta, w codziennym życiu. 

Jestem zdania, że nic nam z samoakceptacji i miłości do siebie “na papierze”. 

To dopiero działanie i doświadczenie testują to, co wiemy. To w działaniu sprawdzamy, czy nasza wiedza jest przydatna i czy przekłada się na nasz dobrostan zarówno w wymiarze psychofizycznym, jak i duchowym. 

Zatem przeczytać chyba warto. Jeszcze bardziej jednak warto wdrożyć to, o czym się przeczytało 😉


Droga artysty, Julia Cameron

Czy “Droga artysty”, czyli – jak czytamy na okładce – “12-tygodniowy kurs odkrywania i rozwijania własnej kreatywności”, wyzwoliła we mnie twórcę? 

Tak. 

Od kwietnia 2026 regularnie publikuję na blogu i wysyłam newslettery. W wolnych chwilach piszę opowiadania. Przygotowuję też workbooka dla subskrybentów mojego Soullettera – szczegóły wkrótce, natomiast na wartościowe listy możesz zapisać się już teraz:

Wracając do książki: Widzę efekty. 

Trzy miesiące codziennego pisania porannych stron coś we mnie odblokowały. Zrobienie ćwiczeń przedstawionych pod koniec każdego z dwunastu rozdziałów pobudziło moją kreatywność. 

Z tej książki biorę sobie wiele cennych porad.

O dwóch z kilkudziesięciu krótko opowiem.

W “Drodze artysty” Julia Cameron wielokrotnie porusza temat wsparcia samej siebie. Wiele razy miałam możliwość zatrzymać się i sprawdzić: W jaki sposób wspieram siebie jako artystkę?

Miałam okazję przyjrzeć się również wsparciu otrzymywanym (lub nie) od innych. Jedno z proponowanych przez autorkę ćwiczeń dało mi bardzo do myślenia. To, w którym autorka proponuje zrobić dwie listy: Przyjaciele, którzy mnie wspierają i Przyjaciele, którzy mnie nie wspierają. To ciekawe podejście. Cameron zaprasza w nim do zaprzestania kwestionowania przyjaźni i zaprasza do kwestionowania wsparcia w danym temacie. Okazuje się, że to ważne rozróżnienie, o którym wcześniej nie pomyślałam. Dopiero dzięki temu ćwiczeniu dostrzegłam, że mam przyjaciół, którzy wspierają moją twórczość, ale też przyjaciół, których z jakiegoś powodu absolutnie nie interesuje moja artystyczna działalność. Z jakiegoś powodu wydawało mi się wcześniej, że to musi iść w parze. Okazało się, że nie 🙂 I że to jest okej! Rozbudziło to we mnie akceptację i dało mi ulgę. Może kiedyś jeszcze rozwinę ten temat, bo jest dość złożony, ale mam nadzieję, że przedstawiłam Ci jego sedno 🙂

Oprócz tego “Droga artysty” nauczyła mnie powściągliwości. Postanowiłam zachowywać dla siebie swoje plany na długo zanim zakomunikuję je innym. Pozwalam moim kreatywnym pomysłom dojrzeć “w ciemności” (metafora ziarna zasadzonego w ziemi). W ten sposób daję sobie czas na rozwój, pracę nad danym tematem, a moje pomysły mogą ujrzeć światło dzienne w odpowiednim momencie (metafora kiełkowania). 

Okładka książki "Droga artysty" Julia Cameron

Dopiero czytając porady Julii Cameron uświadomiłam sobie, jak wiele projektów nie dokończyłam ze względu na ich krytykę. I że sama sobie to robiłam! Dzieliłam się wstępnym szkicem czy pierwszą wersją tekstu, które zazwyczaj, co do zasady, są do niczego. Kiedyś naiwnie myślałam, że tworzone dzieło od razu jest dobre. Nieprawda. Teksty wymagają poprawy, edycji, redakcji. Na obrazie trzeba coś domalować albo zakryć. Prototypy trzeba zazwyczaj dopracować. To normalne. 

Od niedawna chronię moje pomysły. Pozwalam im dojrzeć, nabrać kształtów. Wychodzę z szuflady dopiero, kiedy mam w sobie wewnętrzną pewność. Wtedy wiem, że mój pomysł nie zostanie zdeptany – ani przez innych, ani przeze mnie. Co ciekawe, ta wewnętrzna pewność w pewnym momencie przychodzi. Naturalnie. W swoim czasie. Najlepszym z możliwych 🙂

Podsumowując:

Mam wrażenie, że “Droga artysty” została napisana dla kreatywnych dusz, które chcą wyjść poza schemat “Kreatywność?! To nie dla mnie”. Świetna struktura kursu, regularne ćwiczenia i konsekwencja w działaniu pomagają odblokować się każdemu – i tym, którym skrzydła zostały podcięte, i tym, którzy sami je sobie podcięli (wewnętrzny krytyk!), rezygnując w pewnym momencie życia z bycia twórczym. 

W tej książce uwielbiam też to, że dla opornych i zrezygnowanych, którzy twierdzą, że jest za późno, Julia Cameron przedstawia już na okładce książki dialog, z którym ciężko dyskutować. Mam nadzieję, że Ciebie też przekona do pominięcia kwestii czasu, który często tak mylnie postrzegamy. I wierzę, że jeśli weźmiesz sobie te słowa do sera, to otworzysz się na kreatywność i realizację Twoich twórczych planów:

“PYTANIE: Wiesz, ile będę miał lat, zanim nauczę się grać na fortepianie?
ODPOWIEDŹ: Tyle samo, co wtedy, kiedy się nie nauczysz.”


Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia, Monika Sobień-Górska

Byłam sceptyczna, sięgając po tę książkę. Tak samo chyba jak sceptyczna była Monika Sobień-Górska, decydując się na zanurkowanie w świat współczesnej duchowości. 

Ten sceptycyzm przebija szczególnie z pierwszych stron książki. Autorka niby przyjmuje postawę ciekawości i otwartości, ale jednocześnie wiele rozdziałów lub podrozdziałów kończy się opisem jakiejś absurdalnej sytuacji czy dziwnego dialogu, z których przebija prześmiewczość. Z drugiej strony te opisy, często pełne ironicznych wstawek, świetnie obnażają absurdy niektórych “duchowych biznesów”. Nie raz uśmiechnęłam się pod nosem, bo komentarze były w punkt. 

Książka ukazuje wiele kontrastów. 

Szczerze mówiąc, sięgnęłam po nią, bo jeden z rozdziałów autorka poświęciła Radykalnemu Wybaczaniu. Co prawda okazało się, że Monika Sobień-Górska nie wzięła na tapet indywidualnych sesji Metody Tippinga, tylko wzięła udział w grze Satori, będącej jedną z form przechodzenia przez proces Radykalnego Wybaczania.

Po przeczytaniu tego interesującego mnie rozdziału stwierdzam, że – w porównaniu do innych sprawdzanych przez autorkę i prezentowanych w jej książce metod – Metoda Tippinga wypadła całkiem dobrze. 

Nie jest to oczywiste, bo w przypadku większości pozostałych technik czy metod jest dużo, dużo gorzej. 

Okładka książki "Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia", Monika Sobień-Górska

W książce znalazłam opisy takich scamów w “duchowych biznesach”, że włos się jeży na głowie, a także opisy ogromnej naiwności. Czytałam je, dziwiąc się i wywracając oczami. I w tym wywracaniu oczami nie chodzi mi o ocenę ludzi, którzy dali się naciągnąć “duchowym guru”, tylko o to, że sama obserwuję ten świat współczesnej duchowości i znam przypadki, w których tonący brzytwy się chwyta, czytaj: zdesperowani, zagubieni, potrzebujący pomocy ludzie idą do – rzekomo – duchowych przewodników, którzy kasują dużo, ale pomagają mało. Albo, jeszcze gorzej, szkodzą. Zresztą, ten temat również eksploruje Monika Sobień-Górska. Już na okładce czytamy: 

“I zadawałam sobie pytanie: kto naprawdę zyskuje, gdy nadzieję wtłacza się w atrakcyjną narrację i sprzedaje jak usługę? To książka o głodzie sensu w świecie wypalenia i lęku. O nadziei, która czasem ratuje, i o tej, na której się zarabia.” 

W książce są też rewelacyjne spostrzeżenia dotyczące bezsensownych walk przeciwstawnych “obozów” na social media. 

Mija już prawie rok od mojej decyzji o ograniczeniu obecności na mediach społecznościowych i już ponad trzy miesiące od całkowitego wylogowania się oraz odinstalowania aplikacji społecznościowych. Nie tęsknię. Tym bardziej dziękuję autorce za świetny komentarz odnośnie atmosfery tam panującej oraz odwiecznej, zaciętej walki między nauką a duchowością. Komentarz, który potwierdził mi, że zajrzałam za zasłonę iluzji i przejrzałam na oczy. Wycofałam moją uwagę od walki i przekierowałam ją na coś dobrego. Robię swoje i skupiam się na połączeniu. 

Moim zdaniem walka nie ma sensu. Połączenie daje spokój i pokój. 

A teraz cytat:

“Walczą ze sobą dwa nienawidzące się obozy – ten promujący wyłącznie akademickie podejście i nakazujący stosowanie jedynie metod o udowodnionej naukowo skuteczności oraz ten utrzymujący, że nauka nie wie wszystkiego, trzeba zajrzeć w głąb siebie, do intuicji, pola wszechwiedzącego, magii, otulających rytuałów. Ostatecznie lądujemy na Instagramie z dwiema przywódczyniami tych zwaśnionych obozów, które wciskają nam kody rabatowe – jedna na zakup espresu do kawy za dwanaście tysięcy złotych, druga na suplement, który ma ukoić nerwy i jelita, produkowany przez markę należącą do jej męża.”

Po racjonalnemu parsknęłam śmiechem, a w głębi duszy (tak, duszy! 😉) podziękowałam sobie za decyzję, że nie ma mnie już na mediach społecznościowych, a tym samym nie tracę na takie tematy ani czasu, ani energii (tak, energii – tej, która podąża za UWAGĄ! 🙂).

Na koniec jeszcze kilka pozostałych spostrzeżeń i refleksji po przeczytaniu książki: 

Nie znałam wcześniej tej autorki, więc sprawdziłam, jakie inne książki napisała.

Przytoczę tutaj tytuły niektórych z nich: “Polscy miliarderzy. Ich żony, dzieci, pieniądze”, “Jak porzucić miliardera i przeżyć”, “Imperium Lewandowska”… Brzmi to trochę jak prowokujące tytuły prasowe o charakterze tabloidowym. To mi tylko uświadomiło, że jeśli autorka zajęła się tematem duchowości, to znaczy, że duchowość również stała się po prostu popularnym, chwytliwym tematem. Szkoda, bo nie o to chodzi w istocie duchowości, która, co do zasady, ma głębię i… sens. Piękne jest jednak to, że autorka wykonała, moim zdaniem, rzetelny research i w rezultacie pokazuje w swojej książce również tę drugą, dobrą stronę duchowości! 

Uważam, że ta książka to świetny reportaż.

Doceniam, że autorka, przygotowując materiał, osobiście wzięła udział w tych wszystkich eventach. Jak sama podsumowała w zakończeniu: 

“Przez ostatni rok przeszłam przez sześć kursów medytacyjnych, dwa warsztaty transformowania energii, pięć kursów manifestacji. Brałam udział w pięćdziesięciu trzech ustawieniach hellingerowskich lub ich wariacjach, byłam na dwóch eventach gwiazd duchowości, szamańskich ceremoniach, jednym festiwalu i warsztacie programowania umysłu przez artyterapię.” 

I to nie wszystko – autorka przez dalsze pół strony (!) wymienia dalej! 

Lubię, kiedy ktoś łączy teorię z doświadczeniem i zadaje sobie trud wyrobienia na dany temat własnego zdania. Wydaje mi się, że autorka właśnie to dla tej książki i w tej książce zrobiła.

Książkę łatwo się czyta. Jest ona niezwykle wciągająca.

Nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ponad 400 stron w 48h, a zaznaczę, że dotychczas zdarzyło mi się to tylko raz, z książką “Gdzie śpiewają raki” (o czym piszę tutaj).

Moim zdaniem książka jest świetnie napisana, w 100% przez człowieka. Żadne tam AI i to po prostu czuć.

Energia tekstów pisanych przez człowieka dla człowieka jest nie do podrobienia. Z jednej strony to trochę smutne, że żyjemy w czasach, w których nie jest to oczywiste. Wspominam o tym nie bez powodu. W ciągu ostatnich miesięcy zdarzyło mi się natrafić już na trzy książki będące zlepkiem tekstów wygenerowanych przez modele językowe. A ja nie mam najmniejszej ochoty czytać “twórczości” AI, a podpisanie siebie jako autora takiej książki uważam za mało zabawny żart. Dlatego “Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia” przeczytałam z przyjemnością, czując każde zdanie i każdą emocję oraz będąc pełną podziwu dla talentu autorki. To naprawdę świetny, rzetelny, miejscami smutny, a miejscami zabawny reportaż z podróży po duchowym biznesie, przepraszam, świecie.

Podsumowując: Polecam!


Podkreślam, że – jak zawsze – przedstawiłam Ci powyżej mój punkt widzenia oraz podzieliłam się swoimi spostrzeżeniami i refleksjami, a Ciebie zachęcam do wyrobienia sobie swojego zdania. 

Miłego czytania, udanego poszerzania perspektywy i do przeczytania w kolejnym wpisie lub w Soulletterze, gdzie dzielę się wiedzą, doświadczeniem oraz dodatkową porcją książkowych polecajek (tak, niektórymi dzielę się tylko z czytelnikami Soullettera! 🙂):


Ta książka jest częścią mojej drogi przez literaturę. Jeśli szukasz tytułów, które zostają w sercu na dłużej, zajrzyj do mojej biblioteki. Znajdziesz tam krótkie polecenia książek, które w jakiś sposób mnie zatrzymały, wzbogaciły o istotną refleksję i zmotywowały do twórczego działania (lub twórczego i potrzebnego odpoczynku 😉):


Nie ma możliwości komentowania artykułów na blogu, ale zawsze możesz do mnie napisać: kontakt@designduszy.pl
I spodziewaj się odpowiedzi! 🙂 (na każdego maila odpisuję)


error: Zawartość strony jest chroniona.
Przewijanie do góry