Droga czy cel?

Zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że najważniejsze to niestrudzenie podążać naprzód (czyli jednak droga), a inni podkreślają, że najważniejsze to wiedzieć, dokąd się idzie (czyli jednak cel). 

Alicja w Krainie Czarów dostała niby odpowiedź, że warto mieć cel, ale jednocześnie otrzymała wskazówkę, że jak się tego konkretnego celu nie ma to jakby spoko, jeśli tylko będzie się cierpliwie i wystarczająco długo iść. Kot-Dziwak – jak na mieszkańca Krainy Absurdu przystało – nie pomaga:

– Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? – mówiła dalej.
To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść – odparł Kot-Dziwak.
Właściwie wszystko mi jedno.
W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
Chciałabym tylko dostać się dokądś – dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.

W ogóle moim zdaniem to pytanie – droga czy cel – jest źle sformułowane, więc mamy do czynienia z GIGO (Garbage In, Garbage Out, czyli jeśli wprowadzisz do systemu złe dane, to otrzymasz również złe wyniki). 

To pytanie z góry zakłada, że coś jest lepsze od drugiego i że trzeba wybrać jedną z opcji. 

I ludzie wybierają.

Ci, którzy lubią osiągać cele i zdobywać, mogą mieć skłonność do przekonywania, że drogę trzeba pokonać jak najefektywniej.

Ci, którzy stracili wiarę w cel lub nigdy go nie ustalili, mogą być bardziej skłonni twierdzić, że droga jest ważniejsza niż ostateczny wynik. Czasami to niemal coping…

Jeszcze inni perorują, że “Co tam cel! Co tam droga! Najważniejsze jest zadbanie o to, kto z nami idzie.” Summa summarum są to ci, którzy podpinają się pod team “droga”, bo de facto skupiają się na tym, kto nam towarzyszy na szlaku życia, czyli po drodze.

A co, jeśli w tym odwiecznym pytaniu – droga czy cel – nie chodzi o wybór jednej z opcji, ale o uznanie ważności każdej z nich? 

Może kluczem jest połączenie? Akceptacja, że ważne jest i jedno, i drugie. 

Dlatego też na własne potrzeby sformułowałam następujące zdanie, które uwzględnia oba aspekty:

Droga do celu jest celem. 

Może dla niektórych jest to oczywiste, ale dla mnie przez długi czas nie było. Uproszczone zdanie “Droga jest celem” brzmiało dobrze, a jednocześnie nie za bardzo rozumiałam, dlaczego mi nie wystarczało i czułam się jak Alicja w Krainie Czarów – zdezorientowana i niepewna.

Nie dawało mi to spokoju, więc szukałam, kminiłam czy to, czy to, aż w którymś momencie stwierdziłam, że nie ma we mnie zgody na wybór tylko jednej z tych opcji. Wybrałam zatem połączenie: i cel, i droga. 

Dlaczego?

Sformułowanie celu daje fundament. Pozwala podjąć kluczową decyzję, na jaką górę chcę się wspiąć.

To ważne, czy to będzie Pradziad, Herzogstand czy Rysy. Bo jeśli, przykładowo, pojadę do Zakopanego, a jednak chciałam w te Alpy (albo odwrotnie), to nici z późniejszego cieszenia się wspinaczką. Czegoś będzie brakować, przyjdzie rozczarowanie, zabraknie motywacji, żeby kontynuować. A wszystko dlatego, że to nie ten cel, więc droga też nie ta.

Lubię też przypominać sobie o tym, że każdy potrzebuje czegoś innego, ma inne preferencje, ambicje, możliwości. I to jest okej. Porównywanie się do innych nie ma sensu. Wspaniała zasada Transerfingu Vadima Zelanda brzmi:

“Pozwól sobie być sobą, a innym być innymi.”

Zatem trzeba wybrać swoją górę i pozwolić innym wybrać ich. Najważniejsze, żebym wybrała po swojemu, bo jak już na tym szczycie stanę, to ja i tylko ja będę czuć albo satysfakcję z dobrze obranego celu, albo frustrację i rozczarowanie, że jednak o coś innego mi chodziło. 

No więc żałóżmy, że już wybrałam tę górę. Co jest później?

Później, wbrew pozorom, jest z górki 😉

Jeśli wybiorę konkretny cel i wejdę na właściwy szlak, to nie pozostaje mi nic innego, jak skupić się na samej drodze do celu – ćwiczyć się w stawianiu kolejnych kroków, zbierać doświadczenia, czerpać radość z podróży. 

Droga do celu staje się przyjemnością i celem samym w sobie, bo wcześniej ogarnęłam fundamenty. 

Nie muszę już kminić. Teraz mogę zachwycać się otoczeniem i ludźmi spotkanymi na drodze. Mogę iść (biec), robić przerwy i cierpliwie szukać właściwego dla mnie tempa marszu (lub biegu). Mogę korzystać ze wskazówek, a także uczyć się na błędach. Mogę też być drogowskazem dla innych. Podsumowując: Mogę cieszyć się procesem i wszystkim, co z nim związane.

Widok na polanę, drewniane chatki, las i Alpy w chmurach

Na blogu pisałam już kiedyś o książce “Przędza”. Dla kontekstu wspomnę, że autorka opisuje w niej dwa odmienne sposoby przeżywania życia. 

Jednym z nich jest celowanie, które Natalia de Barbaro opisuje jako koncentrację na wynikach. Trzeba trafić w tarczę i tylko to się liczy. 

Drugim ze sposobów przeżywania życia jest tkanie. Tkanie jest pochwałą codzienności, obecności, świadomej uważności i zgody na własne tempo.

Co najważniejsze, autorka “Przędzy” też dochodzi do wniosku, że trzeba oba te aspekty połączyć. Pisze o tym tak:

“Tkanie jest piękne. Celowanie jest piękne. Ale jedno i drugie zdaje się wynaturzać, kiedy nie towarzyszy mu drugie. Tkanie bez celowania staje się splątaniem: siedzę, kminię, patrzę, ale nie wiem, ku czemu, i nie wstaję z krzesła. Celowanie bez tkania staje się mechaniczne. (…) – są tylko targety i osiągi.”

Zatem potrzebujemy i celowania, i tkania. To znaczy: i celu, i drogi.

Kiedy to zrozumiałam, to przyszedł taki wspaniały moment błogiej świadomości, że już nie muszę rozstrzygać, która opcja ma przewagę nad drugą. Że dla mnie to, co ma sens, to połączenie.

Wreszcie mogłam uznać, że to droga do celu jest celem.

Widok na Alpy ze szczytu Herzogstand

Piszę nie tylko na blogu. 2x w miesiącu wysyłam listy. Takie szczere, od serca. Liczne i niezwykle wzruszające odpowiedzi od czytelniczek i czytelników pokazują, że są one jak energetyczny podmuch w skrzydła – wspierają, inspirują i motywują.

Na Soulletter możesz zapisać się tutaj:


Nie ma możliwości komentowania artykułów na blogu, ale zawsze możesz do mnie napisać (na każdą wiadomość odpisuję):

kontakt@designduszy.pl


error: Zawartość strony jest chroniona.
Przewijanie do góry