Czy można utknąć w rozwoju?

Krótka odpowiedź: Można.

Dłuższa odpowiedź: Można, a często jest to wręcz nieuniknione. W poniższym wpisie chciałabym właśnie nie tyle krytykować to utknięcie, co znormalizować ten etap życia.

Zakochani bez pamięci

Kiedy odkrywamy jakiś temat, który okazuje się fascynujący, łatwo jest przegiąć. Z jednego szkolenia robi się dziesięć webinarów, dwadzieścia kursów, trzydzieści certyfikatów od Janów Kowalskich, roczne mentoringi i coroczne retreaty. Latamy od tematu do tematu bez opamiętania. Wchodzimy na drabinę produktową, sprytnie skonstruowaną przez sprzedawców-guru i marketingowców-cudotwórców i nie potrafimy ani z niej zejść, ani zeskoczyć, ani tym bardziej dotrzeć na jej szczyt. Utykamy w niekończących się procesach, bo okazuje się, że ciągle jest coś do zrobienia, naprawienia czy – jak to się często dzisiaj mówi – przepracowania.

Rozumiem, że w rozwoju można utknąć, bo sama tam byłam. 

Przez siedem lat “kursowałam” – szkoliłam się, certyfikowałam i, moim zdaniem, rozwijałam. Jakże się zdziwiłam progresem, który nastąpił wówczas, gdy na wszelkie kursy chodzić przestałam. Po kilku miesiącach zmianę zauważyłam nie tylko ja, ale również moje otoczenie.

“Kiedy powiem sobie dość…”

W pewnym momencie postanowiłam, że przez minimum rok nie kupię już żadnego kursu, szkolenia czy mentoringu, a ten czas przeznaczę na pogłębienie i ucieleśnienie tego, co już wiem. Decyzja, która z zewnątrz mogłaby wyglądać jak zrobienie pauzy w rozwoju, okazała się być jego przyspieszeniem. 

Szybko sprawdziłam na własnej skórze, że największy rozwój dzieje się w działaniu, a nie w gadaniu o działaniu. 

To jest trochę tak jak z nagrywaniem podcastu o regulowaniu układu nerwowego poprzez kontakt z naturą oraz słuchaniu tego podcastu podczas siedzenia na sofie. 

Co z tego, że wiesz? Trzeba to zrobić. 

Nie nagrywać rolkę czy shorta o zbawiennym wpływie spacerowania na zdrowie fizyczne i psychiczne, tylko pójść na ten spacer. 
Nie siedzieć na kanapie i scrollować przez kolejne rolki, shorty i podcasty o ruchu, spacerach i oddechu, tylko ruszyć tyłek, pójść na spacer i głęboko oddychać. 

Jeszcze raz powtórzę: Rozwój to działanie, a nie gadanie o działaniu lub słuchanie o nim. 

Sterta notatek i pustka w życiu

Kilka miesięcy temu poszłam na fajną konferencję – stacjonarnie, na uniwersytecie. Zwykle na prelekcje zabieram ze sobą notatnik i długopis lub notuję w telefonie. Tym razem zeszyt zostawiłam w domu, a telefon odłożyłam na bok. Postanowiłam wsłuchać się w to, co mówią wykładowcy. 

Po kilku miesiącach ze zdziwieniem stwierdziłam, że bardzo dużo pamiętam z tych wykładów. Zero notatek, a w głowie klarowność. Długo się zastanawiałam, o co chodzi, i doszłam do wniosku, że to dzięki temu, że byłam tam – w tej sali wykładowej – w pełni obecna. Byłam, jak to się mówi, tu i teraz. 

Zazwyczaj kiedy robimy notatki, to mamy dobre intencje, np. chcemy móc wrócić do ich treści za jakiś czas. Jednocześnie jednak zamiast rejestrować “tu i teraz”, zostawiamy przyswojenie wiedzy “na później”. Ostatecznie wiedza zostaje na papierze lub w telefonie, a my zostajemy zarówno bez niej (tej wiedzy, która zostaje na poziomie notatek), jak i bez doświadczenia (bo zrezygnowaliśmy z uważnej obecności). 

Nie twierdzę, że notatki są nieprzydatne, a ich robienie złe. Chciałabym tylko zwrócić uwagę na to, że rozwój dzieje się w obecności i w uważności, a nie w odkładaniu na później. 

Sterta kolorowych długopisów, mazaków i zeszytów

Ponadto, notatki są dla umysłu. W momencie ich robienia umysł cieszy się, że takie ładne, skompletowane i może nawet na kolorowo popodkreślane. Często też umysł zakłada, że w takim razie robota jest już zrobiona – bo mamy te cholerne notatki. 

Sorry, ale… gówno prawda. 

Na poziomie notatek nawet nie zahaczyliśmy o działanie. Nie wiem, czy chcesz to przeczytać, ale wiedza nieprzyswojona i nieucieleśniona nie staje się doświadczeniem. A to właśnie doświadczenie jest działaniem. 

Kursowanie po strefie komfortu

Ostatnio przyciągnęło moją uwagę wiele zdań, które pokazują czarno na białym, dlaczego wolimy szukać niż znaleźć. Czytaj: “kursować” niż doświadczać. Regina Brett, na przykład, pisze tak:

“Wielu ludzi nie odnajduje swojego powołania nie dlatego, że go nie zna, lecz dlatego, że boi się je poznać, bo wtedy musieliby zacząć działać.”

I chociaż napisała te słowa w kontekście pracy zawodowej, to równie dobrze zdanie to może być świetną wskazówką dla tych, którzy utknęli w rozwoju. 

Otóż są tacy ludzie, ktorzy już dawno znaleźli rozwiązanie, ale wciąż wolą trzaskać kolejne kilometry przez prowadzone medytacje ze swoim wewnętrznym dzieckiem, zamiast uznać, że to JUŻ. Że to, co trzeba było zobaczyć, zaakceptować, uznać, uwolnić, przepracować, już takie JEST: zobaczone, zaakceptowane, uznane, uwolnione, przepracowane. 

Powodów dla których wolimy być w rozwoju jest wiele, ale jednym z nich może być też niepewność: Co dalej? Paradoksalnie wygodniej jest nam być w procesie naprawiania, niż uznać wykonaną przez nas pracę i ucieszyć się, że już naprawione. No, bo właśnie: Co dalej? 

W rozwoju jest bezpiecznie. W działaniu niekoniecznie, a przynajmniej tak nam się może wydawać.

Spektakularne wydarzenia kontra codzienność

Poza tym w rozwoju – szczególnie tym ostatnio bardzo popularnym, czyli duchowym – są eventy, fajerwerki i ciągłe nowości. Codzienność wychodzi przy tym blado, szczególnie jeśli nie dostrzegamy jej niezwykłości. A może warto by było ją dostrzec, bo wtedy skończyłoby się kursowanie

Fajnie podsumował to Robert, jeden z bohaterów książki Moniki Sobień-Górskiej pt. “Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia”:

“A tak naprawdę nie potrzebujesz tych wszystkich atrakcji, miliona kursów ani ceremonii, żeby poczuć siebie. Wystarczą zwykła, pospolita cisza, medytacja, uważność, relaksacja, spacer (…) bez telefonu, patrzenie z większym luzem na wszystko, co się wydarza. Nie jeździj z ceremonii na ceremonię, tylko ty bądź tą ceremonią.”

Wnioski

Etap bycia w rozwoju jest potrzebny i ważny. Nie ma żadnej reguły, jak długo powinien trwać. Zazwyczaj trwa tyle, ile potrzebujemy. 

Warto jednak wziąć pod uwagę możliwość (i dać sobie do niej prawo!), że w pewnym momencie dobijemy do brzegu i pojawi się opcja wyjścia na “nieznany ląd”. 

Ten nieznany ląd to czas, który następuje już po kursach, szkoleniach i innych usprawnieniach, kiedy to bierzemy całą tę ważną teorię oraz całą tę ogromną wiedzę i zaczynamy przekładać je na praktykę. To czas, kiedy być może wreszcie poczujemy (jeśli – jeszcze raz powtórzę – damy sobie do tego prawo!), że wszystko gra. Zadbaliśmy o ciało, umysł i ducha, czy też – pisząc bardziej przyziemnie – o zdrowie, piękne relacje, satysfakcjonującą pracę i dobre pieniądze.

Może nawet dojdziemy w tym doświadczeniu do takiego punktu, w którym to zakończenie poszukiwań wyda nam się najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Uznamy, że JEST wspaniale. Że JESTEŚMY tam, dokąd chcieliśmy dotrzeć.

No bo przecież po to cały ten rozwój, prawda?

Karteczka samoprzylepna z napisem "Happy" i uśmiechem

Piszę nie tylko na blogu. 2x w miesiącu wysyłam listy. Takie szczere, od serca.

Liczne i niezwykle wzruszające odpowiedzi od czytelniczek i czytelników pokazują, że są one jak energetyczny podmuch w skrzydła – wspierają, inspirują i motywują.

Na Soulletter możesz zapisać się tutaj:


Nie ma możliwości komentowania artykułów na blogu, ale zawsze możesz do mnie napisać (na każdą wiadomość odpisuję):

kontakt@designduszy.pl


error: Zawartość strony jest chroniona.
Przewijanie do góry